Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpinak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpinak. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 września 2013

NOCNE NORI

Podobno nie je się nocami, podobno sen potrzebny jest jak tlen, podobno ... Nie sypiam zbyt wiele, a ostatnio prawie wcale. W biegu, z biegu, z dnia na dzień i do przodu. Zaczym mieć dziwne zachcianki w okolicach trzeciej nad ranem i zasypiam o piętnastej nawet za kółkiem. Dziwny to stan kiedy wywraca się wszystko do góry nogami. Wpadam zziajana, zmarźnięta i nie mogę zasnąć. Staje do garów i zaczynam kombinować, jak, z czym i którędy. Nie mogą być to dania zbyt wymyślne bo resztki szarych komórek mogły by nie podołać, tak jak przy ostatniej książce którą utopiłam w wannie kiedy niepostrzeżenie zasnełam. Nori na stanie mam zawsze, wypełnienie też się jakieś znajdzie, do tego nie może zabraknąć chilli i już pałaszuje rękami kolacjo-śniadanie. No to smacznego! Dzieńdobry/ Dobranoc i w drogę!

ilość na jedną porcję

2 płatki nori
1 pęczek makaronu soba (około 100 gr)
20 listków świeżego szpinaku
1 garść kiełków słonecznika
1 garść orzeszków ziemnych
1/2 doniczki kolendry
sos sojowy
sos chilli

Gotujemy makaron na miękko i studzimy. Rozkładamy płatki nori na desce. Na połowę każdego nakładamy makaron, szpinak, kiełki, kolendre i orzeszki, skrapiamy sosem chilli i zawijamy tak jak maki. Można to zrobić za pomocą bambusowej maty do sushi lub rękami, brzeg płatka można delikatnie zwilżyć aby dokładnie się przykleił. Rolki kroimy ostrym nożem na ulubioną wielkość, ja preferuje jedzenie rękami więc z każdej rolki wychodzą mi cztery wakałki, ale to rzecz gustu. Maczamy w sosie sojowym, ostrym albo musztardowym, można też dołożyć wegański majonez lub wasabi - kombinacji nie ma końca! Enjoy!

wtorek, 24 września 2013

SOBA z BOBEM

Uciekam na kilka godzin do Krakowa. Dla złapania oddechu, poszerzenia perspektywy i naładowania baterii. Dwanaście godzin dla sztuki, architektury i inspiracji. Spacer miejską galerią pełną street artu, żywej miejskiej tkanki, sztuki publicznej i dla wszystkich. Są już takie miasta na świecie gdzie po za tradycyjną mapą miasta w centrum informacji turystycznej można dostać spacerownik z oznaczeniami najciekawszych murali. Zachwycił mnie ten pomysł w George Town w Malezji i chętnie przeniosła bym go na nasze rodzime podwórko. W Warszawie co raz częściej natykam się na wielkie realizacje ścienne jak słynne Kamienico czy Chopina na Tamce, nie mówiąc już o stale zmieniającej się ekspozycji pod Trasą Łazienkowską przy Myśliwieckiej. W Poznaniu zachwyciły mnie geometryczne op-artowe ściany szczytowe XIX wiecznych kamienic niedaleko Kontenerart'u nad Odrą. Gdańsk może się poszczycić największą miejska galeria czyli Zaspą gdzie rozmach i poziom realizacji rzucają na kolana. Gdańska Szkoła Muralu wyznacza poziom i nowe kierunki, chapeau bas i tak trzymać. Sama miewam zakusy na duże ściany. Kilka lat temu miałam okazję wyżyć się na 15 m2 w Kielcach, trzy dni na rusztowaniu, masa śmiechu i dobrej zabawy - wspominam to fantastycznie. Wielkość płócien na jakich tworzę z roku na rok pęcznieje proporcjonalnie do ilości prac jakie powstają. Prac jest coraz mniej, a płótna powoli przestają się mieścić w drzwiach. Tak więc sama się zastanawiam gdzie będę za dajmy na to lat dziesięć. Tym czasem miks Azji z Polską. Szybki, sycący i rozgrzewający, bo nie wiem jak wam ale mi jesień powoli wieje po plecach.

ilość na dwie obiadowe porcje

250 gr bobu
120 gr boczniaków
80 gr świeżego szpinaku
1 cebula
6 łyżek sosu sojowego
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżeczka pasty czerwonego curry
1 łyżeczka soku z cytryny
sezam
100 gr makaronu soba

Rozgrzewamy olej na patelni, dodajemy sos sojowy, pastę curry i smażymy razem z posiekaną w pióra cebulą. Kiedy nabierze złotego koloru dodajemy boczniaki porwane w nitki wzdłuż blaszek i bub. Przykrywamy i dusimy około 10 minut aż bub zmięknie. Nie obieram warzyw jeśli nie ma takiej konieczności ale dla cierpliwych opcja z bobem obranym na pewno będzie się lepiej prezentować na talerzu. W czasie kiedy dusimy warzywa, gotujemy makaron w osolonej wodzie na pól twardo, mniej więcej 3 minuty. Obgotowany makaron dodajemy do zawartości patelni, dodajemy sok z cytryny i szpinak. Wszystko razem podgrzewamy jeszcze przez około 2 minuty cały czas mieszając, do momentu aż szpinak zmniejszy swoją objętość ale nie straci koloru. Podajemy w miskach z pałeczkami, posypane sezamem. Smacznego!

wtorek, 27 sierpnia 2013

AMOK z Tofu

Amok to tradycyjne danie kuchni kambodżańskiej, esencjonalne, mocne, wygotowane i nie dające o sobie zapomnieć. Przez te kilka tygodni poszukiwania wrażeń i przyjemności w tym niewielkim kraju jadłam amok gęsty i rzadki, delikatny i wytrawny, w formie zupy, sosu czy od razu całego zapieczonego dania. Jest to po za sałatką z zielonej papai najbardziej charakterystyczny smak dla tej szerokości geograficznej. Tradycyjnie danie przygotowuje się w woku ale wersja z patelni z bardzo grubym dnem albo z rondla też daje radę. Z resztą ten ostatni sposób uskuteczniłam całkiem niedawno ponieważ w ferworze licznych przeprowadzek mój wok się zdematerializował. Poniżej przepis na tofu inspirowane khmerską kuchnią w komplecie z najlepszą pracą Hasiora jaką widziałam od lat. 

Hasior w całej mojej edukacji artystycznej przewijał się wiele razy, fascynował mnie i moich przyjaciół, przykuwał i zmuszał do myślenia będąc wprawnym obserwatorem/komentatorem rzeczywistości. Jak większość wielkich nie odnalazł się w tym świecie i najpierw uciekł w uzależnienia, a potem na "drugą stronę lustra". Praca "Wyszywanie charakteru" z Muzeum w Poznaniu zachwyciła mnie jak zawsze prostotą środków i siłą wyrazu, oraz poczuciem wdzięczności dla moich rodziców którzy pozwolili mi "wyszyć" się samodzielnie.

ilość ma jedno danie w formie zupy lub jako sos do dwóch lunchowy porcji

baza:
2 ząbki czosnku
2 cm świeżego imbiru
1/2 cebuli
1/2 łyżeczki trawy cytrynowej
1 szczypta kurkumy
1/2 łyżeczki zielonego curry (może być zwykła przyprawa curry wtedy polecam pominąć kurkumę)
2 łyżki sosu sojowego lub pasty miso
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soku z limonki

teść:
1/2 puszki mleka kokosowego
1/2 opakowania świeżego szpinaku baby
200 gr naturalnego tofu

+ ryż albo makaron

Wszystkie składniki bazy umieszczamy w blenderze i miksujemy na gęstą aromatyczną pastę, można zrobić większą ilość i przechowywać w lodówce. Miałam bardzo ciemną pastę miso więc końcowy efekt wyszedł w tonacji brązowej oryginalnie amok powinien być żółtawy albo beżowy. Do rondla lub woka przekładamy pastę, dodajemy mleko kokosowe i zagotowujemy. Następnie dokładamy pokrojone w kostkę lub słupki tofu (i inne warzywa jeśli dusza zapragnie) i mieszając od czasu do czasu gotujemy aż sos zgęstnieje. Następnie układamy na naczyniu żaroodpornym szpinak (można od razu dodać też ryż), zalewamy sosem i zapiekamy około 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st. W takiej postaci danie jest bardzo rozgrzewające. Można też podać osobno ryż i sos prosto z rondla, najlepiej w osobnej miseczce. Kolejną opcją jest wymieszanie sosu z makaronem i dodatkowe przesmażenie, wtedy całość nabiera formy phad thai'a. Mile widziane są też różne warzywa i świeże zioła, polecam bakłażany, cukinię i marchewkę jako wsad a tajską bazylię, sezam, orzechy nerkowca i chilli jako dodatki. 

bardzo dobre - ល្អណាស់ - la nasa

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

pieczony BAKŁAŻAN z czterech stron świata

Spędziłam fantastyczny tydzień w Poznaniu. Pojechałam na Międzynarodowe Warsztaty Taneczne, które skutecznie zweryfikowały moje poczucie, że mam kondycję. Zamieszkałam u Joanny, która okazała się bratnią duszą, pełną energii i pasji życia, oraz zwiedziłam bardzo ciekawe miasto, o którym miałam wyłącznie mgliste wyobrażenie gdzieś z azymutem na Koziołki, Stary Browar i festiwal Malta. Był to tydzień wrażeń, potu, bólu, siniaków, muzyki i śmiechu. Przy okazji w przerwach między kolejnymi zajęciami chodziłam, zaglądałam, poznawałam i szukałam inspiracji. Udało mi się obejrzeć kilka bardzo dobrych wystaw w tym ekspozycję Sztuki II poł. XX wieku w Muzeum Narodowym, nomen omen naprawdę imponującą (stolica może się schować). I kiedy już przyszedł czas powrotu do domu postanowiłam Joannie ugotować kolację, chciałam podziękować za gościnę i rozmowy bez końca. Ponieważ Asia lubi podróże i opowieści o świecie zaserwowałam bakłażany doprawione czterema stronami świata. Enjoy!

ilość na dwie porcje

1 niewielki bakłażan
2 pieczarki portabella (zachód - Ameryka)
100 gr orzechów nerkowca (wschód - Wietnam)
1/2 opakowania świeżego szpinaku baby (pochodzi z Azji zachodniej)
1 mała puszka mleka kokosowego (wschód - Tajlandia)
2 łyżki oleju np. z suszonych pomidorów (południe - Włochy)
2 czubate łyżeczki przyprawy do kebaba (południe - basen Morza Śródziemnego)
4 łyżki sosu sojowego (wschód np. Japonia)
3 ząbki czosnku (cała półkula północna)
4 łyżki soku z cytryny (tam gdzie ciepło i dużo słońca)

+ sól morska
+ tortille kukurydziane (sprawdźcie skład ponieważ czasem można znaleźć pół tablicy Mendelejewa) albo pity

Nastawiamy piekarnik na 200 st. i zanim się nagrzeje kroimy bakłażana w plastry i solimy po obu stronach. Kiedy puści sok wycieramy ręcznikiem papierowym nadmiar wody i wkładany do piekarnika na około 20 minut. W rondelku rozgrzewamy olej, dodajemy sos sojowy, przyprawę do kebaba, drobno posiekany czosnek i dwie łyżki soku z cytryny, wszystko razem podgrzewamy aż zacznie mocno pachnieć. Zmniejszamy ogień i dolewamy mleko kokosowe, a następnie dodajemy pokrojone w kostkę pieczarki, gotujemy około 10-12 minut. W między czasie zaglądamy do piekarnika, przewracamy bakłażana i smarujemy je za pomocą łyżki sosem z rondelka. Na niewielkiej patelni prażymy orzechy nerkowca, delikatnie aby nie przypalić ale zarumienić. Na dużej patelni podgrzewamy szpinak ze szczyptą soli i pozostałym sokiem z cytryny. Szpinak ma się delikatnie ściąć ale zachować kolor i świeżość. Jeszcze raz odwiedzamy bakłażana, przewracamy po raz kolejny na drugą stronę, muskamy olejem i dokładamy tortille lub pity aby się podgrzały. Po około 4 minutach przygotowujemy posiłek na talerzach. Najpierw szpinak, następnie bakłażan pokrojony w wąskie długie paski, na to sos z pieczarkami, wszystko razem obsypane orzechami i uzupełnione pokrojonymi w ćwiartki tortillami lub pitą. Niebo w gębie!

PS. Aby tego było mało na deser proponuje Brownie z malinami mniam mniam :)
PS.I. Rzeźba to praca Krzysztofa M. Bednarskiego Muzeum Narodowe w Poznaniu

czwartek, 15 sierpnia 2013

smarowidło CHILI/OLIWKI/TOFU

Lepioszka występuje w całej Azji Centralnej, właściwie jak dobrze się postarać już za naszą wschodnią granicą znajdą się domy gdzie zamiast tradycyjnego chleba podawane będę chlebowe placki bez drożdży. W zależności od kraju mają różny skład, choć niezmienna pozostaje mieszanina mąki, tłuszczu i wody jako bazy wyjściowej. Spotkałam się z odmianami na mące pszennej, jęczmiennej czy żytniej, z dodatkiem piwa lub mleka. Również kraje Azji Mniejszej kultywują tradycję placków chlebowych choć pod inną nazwą. Lepioszkę tradycyjne piecze się w piecu opalanym drewnem przyklejając placki do jego ścian, gotowe są po kwadransie kiedy to łatwo odchodzą od powierzchni pieca. W niektórych krajach odciska się na nich ozdobny ornament, w innych posypuje sezamem albo dodaje przyprawy. W mojej zaprzyjaźnionej libańskiej knajpie lepioszka występuje jako orientalny chleb i oprócz pity można ją kupić na wynos. Taka też z hummusem rządziła ostatnio w mojej kuchni, ale ponieważ zostało mi kilka oliwek marynowanych w piekielnie ostrym chili postanowiłam dla odmiany zmiksować jej (lepioszce) inne smarowidło. Okazało się na tyle udane, że w porze obiadowej z makaronem orkiszowym, świeżym szpinakiem i pomidorami zupełnie przez przypadek smarowidło zamieniło się w smakowity sos.

ilość na mały słoik ok 200ml

100 gr naturalnego tofu
14 oliwek syriana (w marynacie chili)
6 łyżek oliwy z rozmarynem
pieprz + sól do smaku

+ chleb orientalny lub makaron, pomidor malinowy i świeży szpinak

Wszystkie składniki miksujemy na gładką pastę. Możemy przechowywać w lodówce w wygotowanym słoiku do 5 dni. W wersji z lepioszką polecam nagrzać piekarnik do 180st C, i posmarowane kawałki chleba z dodatkiem ulubionych warzyw zapiec około 5 minut, aż pieczywo stanie się chrupkie, a całość przyjemnie ciepła. W wersji z makaronem polecam całość wymieszać przed podaniem w garnku, ponieważ smarowidło jest dość gęste pod wpływem ciepła ładnie rozleje się po makaronie, u mnie wszystkie warzywa dodałam surowe - ale to kwestia gustu. Smacznego!

* fotografia lepioszek została wykonana przez Kubę Czajkowskiego w Kaszgarze

środa, 14 sierpnia 2013

KURKI inaczej


Sporo rzeczy w życiu robię na wspak, wszyscy dookoła się stabilizują i poważnieją, a ja podejmuję coraz bardziej szalone plany. Kupuje coraz starsze samochody i sięgam wzrokiem gdzie wzrok nie sięga. Spełniłam kolejne marzenie, po kilku miesiącach poszukiwań znalazłam starą mała terenówkę - wdzięcznego Samuraia w niezłym stanie, którego jak plotka głosi można naprawić młotkiem. Pojechałam go obejrzeć nikomu nic nie mówiąc pod Katowice i jak tylko go zobaczyłam to wiedziałam, że to miłość od pierwszego wejrzenia. Co prawda do łóżka się nie zmieści, do windy też nie wchodzi, zagłusza radio i nie ma wspomagania ale po za tym jest idealny, no nie jest też czarny ale to musiałam mu wybaczyć na wstępie. Wjedzie wszędzie i nawet z prędkością przelotową 80 km/h jest królem szos. Mój wariacki plan zakłada podbój Azji Centralnej tym małym zielonym pudełkiem i wierzę, że razem nam się uda, start już za 10 miesięcy. A tym czasem wracając z Suwalszczyzny kupiłam kurki i jagody, ponieważ kurki w wersji klasycznej są wszystkim znane postanowiłam poszaleć i doprawić je wschodem z odrobiną fantazji - i znowu się udało, spróbujcie!

ilość na 3 do 4 porcji

1/2 kg kurek
1 cebula cukrowa
2 łyżki oleju kokosowego
4 łyżki sosu sojowego
150 ml mleka kokosowego
2 łyżeczki tahini
1/2 łyżki shichimi tougarashi lub pieprzu syczuańskiego

+ makaron z fasoli mung (1 pęczek na porcję) i świeży szpinak

Na patelni o grubym dnie podgrzewamy olej z sosem sojowym i dodajemy posiekaną w kostkę cebulę, którą smażymy aż puści sok. Następnie dodajemy kurki (wypłukane, niepokrojone) i smażymy około 4 minut, przykrywamy i dusimy aż zmiękną (czas zależy od wielkości kurek do 10 min.). Kiedy grzyby puszczą sok i dojdą zmniejszamy ogień i dodajemy mleko kokosowe, tahini oraz shichimi tougarashi lub pieprz syczuański. Dokładnie mieszamy i gotujemy tak długo aż woda odparuje tworząc gęsty sos (trzeba mieszać od czasu do czasu aby nie przywarło) do 10 min. Przygotowujemy makaron oraz nakładamy na talerze świeży szpinak, następnie wedle uznania makaron i kurki, można całość oprószyć sezamem. Smacznego!

PS. Kurki w tej wersji można też zmiksować na gładką masę tworząc rewelacyjną pastę do chleba, lub podawać jako dodatek do innych dań.

piątek, 26 lipca 2013

pizza BURAK&TOFU

Kolejny raz przewoziłam pudła ze swoim dobytkiem, tym razem wygląda na to, że na dłużej zostanę w jednym miejscu, chociaż, to nigdy nic nie wiadomo :) Trzydzieści kartonów mądrych książek, wyposażenie kuchni, trochę zastawy, reszki nierozdanych pamiątek z podróży, nie wspomnę o obrazach, rysunkach i teczkach z projektami. Ponad rok nie korzystałam z żadnej z tych rzeczy. Niczego mi też nie brakowało i dlatego zapytałam sama siebie - po co mi to wszystko? Czy te ryzy papieru zamknięte w okładki i ładne przedmioty czynią mnie lepszym człowiekiem, czy biżuteria, szminka i kolejne szpilki ładniejszą kobietą? Kurcze, mam coraz więcej wątpliwości w tym temacie. Kolczyki które kiedyś uwielbiałam wkładam od wielkiego dzwonu, masę rzeczy (a nigdy nie byłam kolekcjonerką) rozdałam jeszcze przed wyjazdem. Wielką radość sprawia mi upraszczanie, nie mam parcia aby ograniczyć się do stu przedmiotów, ale w otwartej nieprzeładowanej przestrzeni czuję wolność i możliwość wyboru. Przestałam mieć rano dylematy w czym dobrze wyglądam bo doprowadziłam do momentu, że wszystko do siebie pasuje, wiem też jakie wnętrza lubię, co mi smakuje i jak najlepiej odpoczywam. Mam takie śmieszne poczucie, że wzięłam długi prysznic i spłukałam z siebie kilka masek: powagi, konieczności i autokreacji. Ostatnio zaprzyjaźniony profesor z którym współpracuje od lat zwrócił mi uwagę, że nie muszę nikomu nic udowadniać, że mam po prostu robić konsekwentnie swoje - poczułam ulgę. 

I tak między tymi kartonami, porządkami i zrywaniem kolejnym warstw własnego jestestwa zgłodniałam, potrzeba koloru w monochromatycznym wnętrzu wzięła górę. Pyszna i lekka pizza, letnia pozycja obowiązkowa.

ciasto na trzy placki (u mnie każdy powstał z czym innym) termoobieg, 200 st, 20 min.

1/2 kg mąki gryczanej
50 g drożdży
1/2 szklanki mleka roślinnego
1/2 szklanki wody
1/2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
4 łyżki oliwy

W misce mieszamy rozdrobnione drożdże z letnim mlekiem i cukrem, tak powstały zaczyn odstawiamy na 10 min aby urósł. Następnie dodajemy resztę składników i wyrabiamy ręką, aż do powstania jednolitego zwięzłego ciasta, przykrywamy ścierką i zostawiamy na pół godziny aby ciasto urosło. Dzielimy na trzy części (można zamrozić albo pozostawić na 24 h w lodówce). Formujemy kulkę, podsypujemy mąką i wałkujemy na cienki placek. Proponuję zrobić to od razu na papierze do pieczenia. 

dodatki na jeden placek

1 burak
1/2 kostki tofu (ok 100 g)
2 garści świeżego szpinaku

+ sos musztardowy:

3 łyżki miodu albo innego słodu
3 łyżki musztardy sarepskiej
2 łyżki oliwy truflowej
10 listków rozmarynu
1/2 łyżeczki  soli morskiej
1/2 łyżeczki świeżo mielonego pieprzu
kilka kropli soku z cytryny

+ oliwa truflowa i sól morska

Wszystkie składniki sosu mieszamy ze sobą, na końcu dodając drobno posiekane liski rozmarynu, w razie potrzeby dosalamy lub dopieprzamy. Smarujemy za pomocą łyżki całą powierzchnię placka pizzy. Następnie układamy bardzo cienko pokrojone plastry buraka i tofu. Gotową pizzę delikatnie skrapiamy oliwą truflową i posypujemy solą. Pieczemy 20 minut, przed podaniem posypując całość świeżym szpinakiem. Smacznego!

środa, 19 czerwca 2013

migdałowy TWAROŻEK + szpinak/rzodkiewka

Masajowie to rdzenni mieszkańcy południowo wschodniej Afryki. Zachowali swój półkoczowniczy tryb życia, kulturę i zwyczaje. Posługują się językiem Maa, oraz noszą ubrania tworzone z chust o charakterystycznych ostrych kolorach na bazie czerwieni. Masajskie chusty są żywe i energetyzujące, kojarzą się ze słońcem, dźwiękiem bębnów niesionych przez wiatr oraz zapachem dymu z paleniska. Z kenijskiej wyprawy przywiozłam taką chustę, która właśnie zagościła na tarasie. Przykryła stary materac tworząc rodzaj otomany idealnej na poranne pikniki/śniadania, bez wychodzenia z domu. Jej kolor tak mnie nastroił, że w pobliskim warzywniaku zaczęłam szukać składników o zbliżonych barwach do skomponowania śniadania. Rzodkiewka jest teraz świeża, soczysta i aż się prosi o twarożek, a ponieważ mleko migdałowe robię sama, szybko zaświtała mi myśl o twarożku z tą czerwoną bulwą - najcudowniejszym letnim śniadaniu pod słońcem, a nawet na słońcu. A zatem w biały dzień, do tego pracujący, prosto po jodze zrobiłam ów twarożek, dodałam co trzeba i razem z laptopem (co by jednak odrobić pańszczyznę) udałam się na balkonowy piknik. 

ilość na dwie porcje i pół litra mleka

1 kubek migdałów namoczonych przez noc
2 kubki wody
1/2 pęczka pietruszki
1/4 awokado
1 ząbek czosnku
2 łyżki oliwy
sól morska + świeży pieprz

2 garści szpinaku
1 pęczek rzodkiewek 

+ dwie kromki pumpernikla albo chleba na zakwasie

Migdały miksujemy z dwoma kubkami wody, szczyptą soli i cukru trzcinowego. Następnie przelewamy przez gazę do wysokiego naczynia i odciskamy masę pozostała na gazie (nie za mocno - musi być wilgotna). Naczynie z powstałym mlekiem wkładamy do lodówki i wykorzystujemy w przeciągu 48h (może się rozwarstwić - to normalne), do koktajli, chłodników, kawy. Masę migdałową przekładamy do wysokiej miski, dodajemy oliwę, awokado, czosnek, sól, pieprz i blendujemy na gładką/zwięzłą masę (ok. 3 min.). Następnie dodajemy drobno posiekaną pietruszkę i mieszamy łyżką, można też delikatnie zblendować - kolor będzie jeszcze bardziej zielony. W dwóch dużych miskach umieszczamy po garści świeżego szpinaku, następnie twarożek i pokrojone w gruba kostkę rzodkiew, można posypać jeszcze słonecznikiem albo dynią. Podajemy z chlebem. 

Miłego słonecznego dnia!

wtorek, 18 czerwca 2013

GRYKA w papierze

I tak jakoś wychodzi, że znów kulinarnie ruszam na wschód, chodź dziś z wyraźnie słowiańską nutą. Tęsknie już bardzo za świeżymi sajgonkami na śniadanie i zupą PHO na obiad, brakuje mi kolendry, mięty i chilli jako stałych elementów każdego dania. Po prostu chce mi się w świat, ale na razie mam co robić w kraju ludzi i blond włosach i błękitnych oczach. W kraju który kaszą gryczana stoi, często niedocenianą, ale zdrową, smaczną (o ile zapomni się wersję ze szkolnej stołówki) i dającą niezłe pole do kulinarnego popisu. Tak więc papier ryżowy zaczerpnięty prosto z Azji z nadzieniem prosto z Polski. Danie świetne na przekąskę, lunch lub kolację, z miseczką zupy miso może robić za pełen obiad. Dla mnie najlepsze na świeżo, w temperaturze pokojowej , ale jak by się uprzeć można usmażyć w głębokim tłuszczu (olej musi być gorący i wrzucamy dosłownie na moment). W pakiecie z ciągiem dalszym wystawy retrospektywnej Al Wei Wei'a z Tokio z przed lat kilku, dziś hypercube. Stworzony jako siatka w przestrzeni, rewelacyjna minimalistyczna rzeźba ale także bardzo ciekawe założenie z pogranicza fizyki kwantowej i filozofii. Polecam na wieczorną lekturę.

ilość na 8 sajgonek

8 płatków papieru ryżowego
1 torebka kaszy gryczanej
300g wędzonego tofu
2 garści szpinaku lub pęczek pietruszki
4 łyżki sosu sojowego
2 ząbki czosnku
1/4 łyżeczki chilli
1/4 łyżeczki wędzonej papryki
1/2 łyżeczki pieprzy
sól do smaku

+ sos musztardowy lub ostry, kiełki

Gotujemy kaszę na miękko (może być lekko rozgotowana). Przekładamy do miski, dodajemy rozdrobnione widelcem tofu , przyprawy i drobno posiekany szpinak abo pietruszkę. Wszystko razem mieszamy aż utworzy się zwięzły farsz. Przygotowujemy papier wedle przepisu na opakowaniu, nakładamy farsz i zawijamy tak ja krokiety. Podajemy z wybranym sosem na szpinaku albo z kiełkami, można dodać sezam. Pałeczki albo palce lizać/oblizać.

wtorek, 11 czerwca 2013

faszerowana PAPRYKA

Faszerowana papryka to danie które trąci myszką. Przez lata często jedyna wegetariańska pozycja na weselach, zlotach rodzinnych bądź w knajpach po za głównymi trasami turystycznymi (no może z wyjątkiem pierogów ruskich :)). Nie wymaga dużo pracy, rozgrzewa i "zapycha". W przeważającej większości spotkanych przeze mnie przypadków doprawiona jedynie Maggi. Postanowiłam odczarować to niechciane danie i znaleźć na nie sposób. Niekoniecznie nadając mu od razu formę fusion, raczej zależało mi na domowym przysmaku, który przywodzi na myśl dzieciństwo.

ilość na cztery porcje

1 filiżanka ryżu
12 pieczarek
2 ząbki czosnku
2 łyżki oleju
4 łyżki sosu sojowego
1 łyżka ostrej masali (może być do mięsa/gyros/king masala)
2 garści szpinaku lub duży pęczek pietruszki
2 łyżki słonecznika
1 łyżeczka soku z cytryny
4 dorodne papryki

Ryż gotujemy na wolnym ogniu pod przykryciem w osolonej wodzie w stosunku 1:2. Paprykom odkrawamy górę, czyścimy środek i pozostałą część "kapeluszy" kroimy w drobną kostkę.  Pieczarki siekamy w kostkę i razem z sosem sojowym, przeciśniętym czosnkiem i masalą smażymy na oleju na złoty kolor. W momencie jak pieczarki zaczną dochodzić dodajemy ugotowany ryż i wszystko razem dokładnie mieszamy, przykrywamy i dusimy ok 3-4 min. W dużej misce mieszamy drobno pokrojoną resztę papryki, słonecznik, ryż z pieczarkami i posiekany szpinak bądż pietruszkę, wszystko skrapiamy cytryną, solimy i pieprzymy do smaku jeśli trzeba. Faszerujemy papryki z lekką górką, na szczycie każdej umieszczając liść szpinaku albo posypując słonecznikiem. W upał można podać jako letnią przystawkę w tej formię, w chłodniejsze dni proponuję zapiec przez 15 min w nagrzanym piekarniku na 180 st (termoobieg). Ważne aby nie piec zbyt długo, papryka zwiotczeje i straci formę. Smacznego :)

poniedziałek, 10 czerwca 2013

sałata BIEGACZA

Mam przyjaciela z którym czasami biegam. Pamiętam jak siedem lat temu zabrał mnie do Lasu Kabackiego, zrobiliśmy rozgrzewkę i ruszyliśmy lekkim truchtem. Po około kilometrze, no może dwóch, mój kompan najpierw wyprzedził mnie o pół kroku, potem o półtora, a następnie znikną z horyzontu. Nie, że bym była, aż tak słaba i nie miała kondycji, ale ani jeździectwo, ani joga nie dają wytrzymałościowego przygotowania do joggingu. Spokojnie doturlałam się do końca wyznaczonej trasy wykończona ze zmęczenia, ale zdopingowana do dalszej ciężkiej pracy. Kilka lat później, w pewien uroczy majowy sobotni poranek, padło hasło biegamy. Słowo się rzekło, buty na nogi i w las. I ku naszemu obopólnemu rozbawieniu, ja pobiegłam, a kolega został w tyle krzycząc i machając rękami, że może by tak wolniej. Życie bywa przewrotne: ja polubiłam bieganie, a mój kompan został nauczycielem jogi. Mimo wszystko udało nam się zrobić dwa okrążenia parku, mniej więcej 8 km, co uważam za przyzwoity wynik, wrócić i zasiąść do śniadania. Przemokliśmy do suchej nitki (co nie jest ostatnio żadnym zaskoczeniem), zmęczeni oraz mokrzy, rzuciliśmy się na jedzenia. Góra sałaty z ostrym sosem i pitą okazała się strzałem w dziesiątkę, lekko, szybko i przyjemnie. 

Przy okazji w Sztokholmie widziałam dziwną wystawę fotografii, a właściwie fotomontażu. Zdjęcia dzieci, obrobione na lalki, głównie w scenerii dżungli, nasycone kolory, mocne kontrasty, sztuczne oczy i wygładzona do perfekcji skóra. Było w tym coś niepokojącego. Godne uwagi, autor: Ruud van Empel. Enjoy.

ilość na dwie porcje

4 garści świeżego szpinaku
1/2 czerwonej papryki
1/2 opakowania kiełków
8 rzodkiewek
4 suszone figi
1/2 jabłka
sezam/gomashio

+ sos

Wszystko układamy warwami od razu na dwa talerze w kolejności: szpinak, papryka pokrojona w pióra, rzodkiewka w talarki, jabłko w słupki, figi w drobną kostkę. Na koniec kiełki, gomashio i sos. Smacznego i szerokości!

czwartek, 9 maja 2013

śniadanie JOGINKI

Maj to dla mnie miesiąc wyjazdów, rozjazdów i przejazdów. Wczoraj śmiałam się że jedni chodzą do biura, a ja chodzę do Polskiego Busa. Spanie, projektowanie i nadrabianie zaległości opanowałam w tym wehikule do perfekcji. Ostanie i najbliższe dni wyglądają podobnie, o świcie pedałuje na drugą stronę Wisły jogować. Po drodze obserwuję budzącą się do życia Warszawę z zupełnie innej perspektywy. Potem "wrzucam na ruszt" śniadanie i ruszam w miejski maraton albo w trasę. Bidon i jego zawartość to dla mnie akumulatory, więc przyznaje się bez bicia, że o tej 5.55 rano bez zażenowania włączam blender i robię sobie dobrze, a sąsiadom robię za budzik. Dziś wersja zielona w pakiecie z Mostem Gdańskim, który w moim odczuciu jest jednym z bardziej wdzięcznych obiektów architektonicznych stolicy. Piękne modernistyczne ślimaki schodów, drewniane podłoża trakcji tramwajowej i ażury stalowej konstrukcji - czysty industrial w najlepszym wydaniu. Polecam jako temat fotograficzny albo cel spaceru, to miejsce ma swoją magię. Tym czasem pędzę w miasto.

porcja na 3/4 l

2 garści świeżego szpinaku
2 łyżki płatków
1 łyżka siemienia lnianego
1 jabłko
garść rodzynek
1/4 cytryny
2 cm imbiru
1 szklanka wody

Wszystko razem miksujemy na gładki płyn, można pić od razu, można wsiąść ze sobą. Go Green!

czwartek, 2 maja 2013

SAŁATA w świecie sztuki

Myślę że to nie jest mistrzowskie podanie sałaty, zdaje się też, że wygląda na przegląd lodówki i ma za zadanie być paliwem na pół dnia, i cóż dokładnie tak było. "Siedem dni w świecie sztuki" to nie tylko tytuł właśnie przeczytanej przeze mnie książki (POLECAM autorstwa Sarah Thornton ), ale także główny motyw minionego tygodnia. Siedem dni na zmontowanie wystawy, siedem dni pracy, nerwów, gaszenia pożarów i wymyślania alternatywnych rozwiązań. W rezultacie siedem dni zwieńczonych sukcesem i spełnieniem, choć jeszcze na 15 minut przed wernisażem łacina podwórkowa latała w powietrzu często i gęsto. Wyszło super, w industrialnej przestrzeni gdyńskiego 3A Project Space we współpracy z galeriawdomu.pl udało się stworzyć wyjątkowy projekt, który można oglądać do 16 maja.

A wracając do jedzenia, moja Olga zwana Żoną, która użyczyła mi dachu nad głową miała tak samo pracochłonny czas jak ja. Różnica polegała tylko na tym, że ja biegałam z drabiną, workami z ziemią i kubłami farby, a Żona nie wstawała od komputera. Do tego zupełnie zmienił nam się cykl dnia i nocy. Głównie się mijałyśmy i nie było czasu nawet na wymienienie kilku zdań, nie mówiąc już o wspólnym posiłku.  Ale był taki jeden ranek kiedy ta fura szpinaku z dodatkami stanowiła pretekst do wymiany refleksji, pomysłów i frustracji. Zjednoczyło nas to śniadanie na placu boju, choć szybkie i proste dało nam potrzebnego powera do dalszej walki.

ilość na dwie szczere porcje:

3/4 opakowania świeżego szpinaku
2 pomidory malinowe
20 czarnych oliwek
1/2 cukinii
50g migdałów w płatkach

2 łyżki octu balsamicznego
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka miodu
1 łyżeczka świeżego pieprzu

+ 4 kromki domowego chleba z rozmarynem

Płuczemy szpinak, siekamy oliwki i pomidory, oraz na dużej tarce trzemy cukinię, wszystko układamy warstwami od razu na dwóch talerzach. W szklance mieszamy sos sojowy z octem, miodem i pieprzem. Tak przygotowanym sosem zalewamy sałatę. Wszystko suto posypujemy podprażonymi na patelni migdałami. W drugiej wersji można wszystko wymieszać w dużej misce. Dla chętnych chleb, Olga poprosiła o grzanki co też było fajną opcją. 

Art is the way of survival!

czwartek, 28 marca 2013

SOS ORZECHOWY smażony ryż i dodatki

Dziś wszystko na wspak, obiad na śniadanie i kawa na kolację. Wstałam z ogromnym smakiem na coś smażonego, o istnieniu ryżu zapomniałam jakiś czasu, bo kasza, makarony, płatki i ziemniaki. Ale taki smażony ryż, chrupiący, aromatycznym hmmm, to było to, na robienie pilawu nie było czasu, ale ostał się w lodówce sos orzechowy i garść świeżego szpinaku. Kilka składników, chwila roboty i mój wymarzony "obiad śniadaniowy" był gotowy. Zaspokoiłam tą przedziwną potrzeba do syta, trzeba się czasem rozpieszczać :).

sos orzechowy
ilość na 4 porcji (użyty dzień wcześniej do makaronu z brokułami na parze)

3 grzyby shitake
1 kubek orzechów włoskich
2 kubki ciepłej wody
1 kostka warzywna (lub 2 kubki wywaru warzywnego)
4 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka soku z cytryny
1 łyżeczka miodu

Grzyby z orzechami gotujemy w bulionie (lub wodą z kostką) na wolnym ogniu przez 15min. Wyjmujemy grzyby, dodajemy resztę składników i miksujemy na gładki sos, można przyprawić świeżym pieprzem. W lodówce może wytrzyma max. 2 dni, ale najlepiej spożyć na świeżo.

ryż na 2 porcje

1/2 szklanki ryżu
1 łyżeczka asafetydy
2 łyżki sosu sojowego
2 garści szpinaku
2 łyżki oleju sezamowego
czarne oliwki

Ryż gotujemy w osolonej wodzie w stosunku 1:2. Ugotowany przekładamy na patelnię z rozgrzanym olejem, dodajemy przyprawy i smażymy ok 5 min aż wszystko nabierze złotego koloru. Dodajemy szpinak i mieszamy jeszcze ok 2 min. Nakładamy na talerze robiąc dołek w górce ryżu, we wgłębienie wlewamy podgrzany sos i dodajemy oliwki w ilości zgodnej ze smakiem. Można sprószyć sezamem. Smakuje świetnie nawet o 7 rano :).

wtorek, 26 marca 2013

TARTA SZPINAK/PIECZARKI pod pierzyną

Znowu w drodze. 20h w Trójmieście. Morze ciekawych koncepcji. Energia działania, burza mózgów i nowe możliwości. Pomysł wystawy zrodził się nagle, nabrał realnych kształtów z upływem czasu i zrealizuje się w przestrzeni już niebawem. Nie ma rzeczy niewykonalnych, celów nieosiągalnych i pomysłów niemożliwych. Przesuwam horyzont kilka cali dalej. Tworze. Kreacja udzieliła mi się również w kuchni. Nowa tarta. Tak dużo składników jak myśli spiętych w jedną całość. Danie dla grona znajomych albo całej rodziny. Czyste szaleństwo smaku w trzech warstwach. Spróbujcie!

ciasto
1 kubek mąki żytniej lub orkiszowej
1/2 kubka kaszy manny
2 łyżki otrębów
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki oleju z suszonych pomidorów
1/2 łyżeczki czarnej soli
1 łyżeczka majeranku
ok 1/2 kubka ciepłej wody

+ olej i otręby do wysmarowania formy

Wszystkie składniki mieszamy w misce do uzyskania gładkiej masy, wodę dodajemy stopniowo, ciasto ma być zwarte i odchodzić od miski. Całość przekładamy do formy (ok. 20x30cm) wysmarowanej olejemy i obsypanej otrębami. Robimy wysoki rant na co najmniej 3 cm.

farsz
16 pieczarek
150 g szpinaku
140g czarnych oliwek
3 ząbki czosnku
100g (ok 1/2 słoika) odsączonych suszonych pomidorów
2 łyżeczki ziół prowansalskich

PS. Myślę, że farsz może być przeglądem zawartości lodówki, jeśli nie macie pieczarek to sprawdzi się i brokuł i bakłażan :)

Pieczarki kroimy na połówki. Szpinak z posiekanymi oliwkami i przeciśniętym czosnkiem przesmażamy na patelni ok 2min aby puścił sok. W wysokim naczyniu blendujemy zawartość patelni z suszonymi pomidorami i ziołami. Pieczarki układamy gęsto w formie i przykrywamy masą ze szpinaku i pomidorów.

pierzyna
2 garści orzechów laskowych
1 łyżeczka rozmarynu
sól i świeżo mielony pieprz
1 łyżka oleju z suszonych pomidorów
kilka kropli soku z cytryny
3/4 kubka wody

Całość miksujemy na gładki płyn ok 5 min, następnie zalewamy zawartość formy czyli dwie wcześniejsze warstwy. Wszystko suto zasypujemy słonecznikiem albo dynią. Pieczemy 45min na 180st. termoobieg.

SMACZNEGO :)

piątek, 22 marca 2013

MIEJSKI LUNCH


Z jedzeniem na mieście bywa różnie, nie w każdej knajpie w ogóle jest coś do zjedzenia, w niektórych teoretycznie coś serwują, ale czasem lepiej nie wiedzieć co, a w jeszcze innych proponowana kuchnia nie jest tym na co aktualnie ma się ochotę. Często też ulubione jadłodajnie są kompletnie nie po drodze i w codziennej gonitwie trudno się do nich dostać. A jeść trzeba, w końcu to nie tylko przykry obowiązek ale też wielka radocha. Jestem specjalistką od zabierania jedzenia ze sobą, lunch boxy to moja specjalność i powoli uczę tego wszystkich mi bliskich. Co prawda czasem jem w samochodzie, ale o ile tylko okoliczność przyrody pozwalają mam piknik w parku albo w otoczeniu naprawdę dobrej architektury. Po za tym doskonale wiem co wpakowałam do tego mojego pudełka i niezależnie czy są to elementy wczorajszego obiadu czy jakiś owocowy mus zrobiony przed samym wyjściem to wiem co jem. Dziś wersja kanapkowa z kotletami marchewkowymi.

Porcja na ok. 8 kotletów (w zależności od wielkości)

2 marchewki
3 łyżki kaszy manny
4 łyżki mąki żytniej
1/3 kubka ciepłej wody
4 łyżki sosu sojowego
1 cebula
1 łyżka oleju
1 łyżeczka kminu
1 łyżeczka żółtego curry
+ otręby

Marchewkę ścieramy na tarce o małych oczkach. Cebulę drobno siekamy i smażymy na złoto na oleju z sosem sojowym. W misce mieszamy wszystkie składniki razem z cebulą i marchewką do uzyskania zwięzłej masy.  Na głęboki talerz wysypujemy otręby w których obtaczamy kotlety (ja ukręcam kulkę w dłoniach i obtoczone w otrębach spłaszczam dopiero na patelni). Kotlety smażymy na małym ogniu z niewielką ilością oleju, do momentu ze złocenia się po obu stronach. Usmażone odkładamy na pergamin bądź ręcznik papierowy aby odsączyć nadmiar tłuszczu.

Doskonałym uzupełnieniem do kotletów jest humus albo guacamole. Ponieważ znalazłam na parapecie jeszcze jedno zielone "jajo" na warsztat poszła opcja druga w wersji lekko stuningowanej.

Pasta z awokado:

1 mały pomidor
1/2 awokado
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka soku z cytryny
sól+pieprz

Pomidor sparzyć i obrać ze skórki, pokroić w kostkę i razem z awokado ugnieść widelcem, dodać cytrynę oraz przeciśnięty czosnek, posolić i popieprzyć do smaku, dokładnie wymieszać, używać na świeżo.

W wersji lunchowej do kotletów doszedł chleb żytni na zakwasie, kilka liści świeżego szpinaku (idealna jest też rukola) oraz pestki dyni. W każdym razie to co znajdziecie pod ręką. Smacznego!