Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 października 2013

a na koniec - PIECZONY SELER czyli frytki inaczej

Będę monotematyczna jeśli stwierdzę, że wszytsko zmienia się jak w kalejdoskopie, ale ostatni miesiąc taki właśnie jest. Wiem już że najlbliższe kilkanaście miesięcy spędze w kraju, że w kolejną podróż wyruszę dopiero w czerwcu. Wiem też, że doba ma 24h i mimo szczerych chęci nie uda mi się rozciągną jej bardziej. Przygoda z blogiem okazała się fantastycznym doświadczeniem, przez te osiem miesięcy powstało ponad sto przepisów, a strona ma prawie dziesięć tysięcy wejść. Bardzo mi miło i dziękuję za doping, komentarze i celne uwagi. Jak myślałam o tym by pisac o jedzeniu, jeszcze na krańcu świata stwierdziłam, że to powinien być projekt ograniczony w czasie, może trzy miesięczny, może pół roczny. Wydawało mi się, że dziewiędziesiąt przepisów to jest maksiumum jakie będę w stanie opisać. Życie pokazało jak bardzo polubiłam ten projekt, ile sprawił mi frajdy i że można by było rozwijać go w nieskończoność, ponieważ możliwości kuchni wegańskiej są nieograniczone. Doszłam jednak do momentu, gdzie inne projekty, obowiązki i fascynacje pochłaniają mój czas coraz bardziej i mimo iż nieustjąco gotuje brakuje mi czasu na pisanie o tym. Mam nadzieję, że udało mi się zaszczepić w was kilka ciekawych koncepcji i że wszystko wam smakowało. Ściskam ciepło i liczę, że bez szwanku przetrwamy tą nadchodzącą "zimę stulecia". Na koniec danie, które ostanio sprawia mi dużo kulinarnej radości, banalne i z grupy tych co robią się same. Do tego ostry domowy sos pomidorowy. Wszystko razem doprawione jednym z ostanich obrazów które namalowałam - czyli KOSMOSEM, inspirowanym projektem XIibalba. A tymczasem ZNIKAM. 

ilość na jedną sytą kolację dla 2 osób
1 dorodny seler
6 łyżek oliwy z oliwek
sól morska

sos
4 pomidory
2 ząbki czosnku
2 łyżki oleju (np. sezamowy i z suszonych pomidorów)
1 łyżeczka harrisy
+ sól

Nagrzewamy piekarnik na 200st. z termoobiegiem. Selera myjemy i kroimy w grube słupki. Blachę wykładamy papierem, rozkładamy selerowe frytki i równomiernie smarujemy lub polewamy oliwą, całość solimy i wstawiamy do piekarnika na mniej więcej 20 minut (aż frytki zmiękną i się zarumienią). W tym czasie na patelni rozgrzewamy olej z przeciśnietym czosnkiem i harrisą, dodajemy obrane ze skórki i pokrojone w kostkę pomidory oraz sól. Na dużym ogniu mieszając od czasu do czasu zagotowujemy i odparowujemy sos, do powstania konsystencji keczupu. Gotowe frytki możemy odsączyć z tłuszczu na pergaminie lub ręczniku papierowym. Podajemy gorące ze świeżym sosem i ewentualnie dodatkiem soli morskiej. Smacznego!

PS. W ten sam sposób można potraktowac też dynię, marchewkę i pietruszkę, wszystkie smakują rewelacyjnie!

poniedziałek, 2 września 2013

OBIAD na HINDUSKĄ nutę

Tęsknie za smakami z podróży, za życiem w drodze i nieustającą zmianą miejsca. Ostatnio budzę się rano z nadzieję, że otworze poły namiotu a przede mną rozciągnie się piękny widok na góry. Jednak jestem tutaj i budzę się w niezmiennej scenerii własnego łóżka, z planem na każdy dzień choć innym to podobnym do poprzedniego. Dbam o małe przyjemności i ludzką życzliwość. Staram się żyć w zgodzie ze sobą i funkcjonować na antypodach rzeczywistości. Jednak coś się we mnie łamie. Szukam dalekich smaków, konsystencji gęstych hinduskich sosów i lekkich wietnamskich zup. Chodzi za mną puree z batatów i sałatka pomidorowa limonką. Grami mi w duszy gardłowy śpiew mieszkańców Tuwy. Myślę, że już za chwilę określę kierunek, już za moment będę wiedzieć kiedy mogę złapać tobołek, grzecznie się ukłonić i znów zrobić sobie krótka przerwę. A tym czasem warzywa w gęstym sosie z curry i puree z tahini. Smaki zaczerpnięte, przetrawione i odtworzone na potrzebę chwili, dla radości z codzienności.

ilość na dwie duże porcje

puree
6 młodych ziemniaków
1 łyżka tahini
1/2 pęczka natki pietruszki lub świeżej kolendry
4 łyżki słonecznika
1 łyżeczka soli morskiej
1 łyżeczka czarnej soli

warzywa
1/2 małego kalafiora
3 pomidory malinowe
1 1/2 cebuli cukrowej
5 łyżek oleju
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżka ostrej masali
1/2 łyżki kminu indyjskiego
1/2 łyżki soli morskiej
1/2 łyżki czarnej soli

+  opcjonalnie czubata łyżka mąki ziemniaczanej i pół szklanki wody

Ziemniaki gotujemy w wodzie z solą morską, kiedy dojdą odcedzamy, umieszczamy w wysokim naczyniu dodajemy czarna sól, tahini i miksujemy na gładką masę (będzie bardzo kleista). Dodajemy natkę albo kolendrę i za pomocą drewnianej łyżki mieszamy ze słonecznikiem, który można wcześniej podprażyć na patelni. Puree gotowe. 

W czasie kiedy gotujemy ziemniaki, na dużej patelni podgrzewamy olej z olejem sezamowym i przyprawami tworząc aromatyczna masalę. Dodajemy cebulę i smażymy na złoto. Następnie na patelni ląduje drobno pokrojony kalafior. Mieszamy i przykrywamy. Sparzone pomidory kroimy w drobną kostkę i systematycznie dodajmy do kalafiora. Całość musi się dusić minimum 15 minut aby pomidory rozpadły się na sos. Jeżeli chcemy osiągalność hinduską gęstość potrawy w szklance mieszamy czubatą łyżkę mąki ziemniaczanej z wodą o temperaturze pokojowej. Zestawiamy patelnie z ognia, powoli cały czas mieszając dodajemy zawartość szklanki do warzyw. Powstały kisiel skutecznie nada naszej potrawie oryginalną konsystencję. Jeszcze przez minutę mieszamy całość na małym ogniu. Ziemniaki i warzywa proponuję podawać w osobnych miskach. Sos świetnie sprawdza się również z ryżem basmati albo plackami typu ćapati lub naan. Miłej kulinarnej podróży do krainy baśni.

PS. Ciasto gryczane zrobiło furorę :)!

czwartek, 15 sierpnia 2013

smarowidło CHILI/OLIWKI/TOFU

Lepioszka występuje w całej Azji Centralnej, właściwie jak dobrze się postarać już za naszą wschodnią granicą znajdą się domy gdzie zamiast tradycyjnego chleba podawane będę chlebowe placki bez drożdży. W zależności od kraju mają różny skład, choć niezmienna pozostaje mieszanina mąki, tłuszczu i wody jako bazy wyjściowej. Spotkałam się z odmianami na mące pszennej, jęczmiennej czy żytniej, z dodatkiem piwa lub mleka. Również kraje Azji Mniejszej kultywują tradycję placków chlebowych choć pod inną nazwą. Lepioszkę tradycyjne piecze się w piecu opalanym drewnem przyklejając placki do jego ścian, gotowe są po kwadransie kiedy to łatwo odchodzą od powierzchni pieca. W niektórych krajach odciska się na nich ozdobny ornament, w innych posypuje sezamem albo dodaje przyprawy. W mojej zaprzyjaźnionej libańskiej knajpie lepioszka występuje jako orientalny chleb i oprócz pity można ją kupić na wynos. Taka też z hummusem rządziła ostatnio w mojej kuchni, ale ponieważ zostało mi kilka oliwek marynowanych w piekielnie ostrym chili postanowiłam dla odmiany zmiksować jej (lepioszce) inne smarowidło. Okazało się na tyle udane, że w porze obiadowej z makaronem orkiszowym, świeżym szpinakiem i pomidorami zupełnie przez przypadek smarowidło zamieniło się w smakowity sos.

ilość na mały słoik ok 200ml

100 gr naturalnego tofu
14 oliwek syriana (w marynacie chili)
6 łyżek oliwy z rozmarynem
pieprz + sól do smaku

+ chleb orientalny lub makaron, pomidor malinowy i świeży szpinak

Wszystkie składniki miksujemy na gładką pastę. Możemy przechowywać w lodówce w wygotowanym słoiku do 5 dni. W wersji z lepioszką polecam nagrzać piekarnik do 180st C, i posmarowane kawałki chleba z dodatkiem ulubionych warzyw zapiec około 5 minut, aż pieczywo stanie się chrupkie, a całość przyjemnie ciepła. W wersji z makaronem polecam całość wymieszać przed podaniem w garnku, ponieważ smarowidło jest dość gęste pod wpływem ciepła ładnie rozleje się po makaronie, u mnie wszystkie warzywa dodałam surowe - ale to kwestia gustu. Smacznego!

* fotografia lepioszek została wykonana przez Kubę Czajkowskiego w Kaszgarze

wtorek, 25 czerwca 2013

WŁOSKIE GOŁĄBKI


Przy okazji porządków w rodzinnym archiwum fotograficznym wygrzebałam kilka pięknych zdjęć gołębi, a ponieważ ostatnimi czasu zawzięłam się na odczarowywanie "polskiej kuchni stołówkowej" gołąbki poszły/poleciały na kuchenny warsztat. Myślę, że jest to danie niepodważalnie warte grzechu, ale proponuje jako zajęcia praktyczno-techniczne na weekend, ponieważ w tygodniu mogą się skończyć grubo po północy. Jak by na to nie patrzeć gołąbki wymagają czasu, ale w zamian są łatwe w przechowywaniu i "dojrzewające" w smaku, więc na następny dzień nadal cieszą. Ilość z główki kapusty wychodzi na pułk wojska, tak więc z powodzeniem można obdarować rodzinę i dokarmić przyjaciół. Ponieważ kapusta właśnie święci młodzieńcze tryumfy, jest jędrna i zielona pozwoliłam sobie ją jedynie sparzyć aby łatwo się zawijała i nadal przyjemnie chrupała w ustach. Jak zawsze najlepsze na świeżo, ale na zimno dla wieczornych głodomorów też dawały radę. Wersja odświeżona włosko-polska.

ile ich wyszło nie pamiętam - ale kilka paszcz nakarmić do syta się udało 

1 kubek suszonych podgrzybków lub prawdziwków
1 kubek kaszy jaglanej
16 suszonych pomidorów
1 1/2 cebuli
1/2 pęczka pietruszki 
1 kostka wegetariańska
2 łyżki oleju z suszonych pomidorów
2 łyżki ziół prowansalskich
sól morska + świeżo mielony pieprz

wędzony sos

400 ml soku pomidorowego
1/2 łyżeczki wędzonej papryki
sól morska + świeżo mielony pieprz

Grzyby moczymy przez noc i gotujemy ok 20 min w 1 1/2 kubka wody razem z kostką. Odcedzamy i kroimy, a pozostały bulion dodajmy do gotowania kaszy. Kaszę gotujemy na wolnym ogniu w osolonej wodzie w stosunku 1:2 (+ bulion), pozostawiamy pod przykryciem, aż wchłonie całą wodę. Cebulę i pomidory siekamy drobno i podsmażamy na oleju razem z ziołami, sola i pieprzem (ok 1/2 łyżeczki soli i 1 łyżeczka pieprzu). W dużej misce mieszamy kaszę, zawartość patelni oraz pietruszkę, w razie potrzeby doprawiamy. Kapustę parzymy i dzielimy na liście (ewentualnie można krótko obgotować). Do każdego liścia nakładamy mniej więcej dwie łyżki farszu i zawijamy jak krokiety. Odkładamy na talerz albo blaszkę (jeśli planujemy odgrzewać w późniejszym terminie polecam piekarnik). Na patelnię po pomidorach i cebuli wlewamy sok pomidorowy, dodajemy paprykę, sól i pieprz i na bardzo wolnym ogniu odparowujemy ok 15 min. Podajemy w osobnej miseczce. Przyjemnego ucztowania :)

czwartek, 13 czerwca 2013

TOFUPRESE

Oryginalne caprese pochodzi z Kampanii na południu Włoch. Przyrządzane jest z pokrojonej w plastry mozzarelli di buffalo i soczystych pomidorów, polane oliwą z oliwek, posypane grubo zmielonym pieprzem i udekorowane liśćmi bazylli. Symbolicznie odzwierciedla flagę Włoch. W wersji wegan proponuję ze smażonym i marynowanym w ocie balsamicznym tofu i pesto z roszponki (o którym w następnym poście). 

Jako dziecko podczas częstych włoskich wypraw caprese stanowiło moje główne pożywienie, gdy kilka lat temu zrobiłyśmy z mamą wyprawę pod hasłem "pizza w Neapolu" często gościło na naszym porannym stoliku. Prawdziwa mozzarella i pomidory "dochodzące" na słońcu to cała tajemnica tego nieskomplikowanego dania. Podczas całego naszego włoskiego rajdu szukałyśmy przykładów dobrego street artu, tu portret ze skrzynki telekomunikacyjnej we Florencji w drodze do Galerii Uffizi.

ilość na jedną lunchową porcję

1/2 kostki (ok 150g) tofu marynowanego w ocie balsamicznym
1 dojrzały pomidor malinowy
1 łyżka pesto z roszponki
1 łyżka oliwy
sól morska + świeży pieprz

+ słonecznik / roszponka / pieczywo

Tofu marynujemy dzień wcześniej w ocie balsamicznym - umieszczamy kostkę tofu w głębokim naczyniu i zalewamy octem ze szczyptą soli i pieprzu. Zamarynowane kroimy na cztery grube plastry i smażymy na złoto na oliwie. Pomidory kroimy na pięć plastrów i układamy na talerzu na zmianę z tofu. Dodajemy świeża roszponkę, pesto i słonecznik, możemy delikatnie polać oliwą truflową, solimy i pieprzymy do smaku. BUONGIORNO !

czwartek, 6 czerwca 2013

SPAGHETTI CLASSICO na białym winie

Spaghetti classico to molto czasu w kuchni. To zapach pomidorów w całym domu. To godziny wolno gotującego się sosu i długa selekcja staranie dobranych składników. Jak wspominałam moja babcia nie lubi w kuchni orientu. Curry i miso to dla niej fascynujące elementy dalekich kultur, ale zupełnie obce smaki. Chciałam więc uraczyć ją czymś na wskroś europejskim, a wiem, że włoską kuchnie ceni wysoko. Wstałam więc wcześnie w niedzielny poranek i stanęłam do garów. Pomalutku, powolutku sos dochodził prawie 4 godziny, był esencjonalny, głęboki i bardzo wytrawny. To nie jest danie dla leniwych, ale na pewno świetne ćwiczenie cierpliwości. Mogę też obiecać, że nagroda jest warta grzechu - w moim przypadku babcia poprosiła o dokładkę (a to nie lada komplement).

ilość na dwie porcje

400 g pomidorów malinowych
2 łyżki ziół prowansalskich z chilli (mam gotową mieszankę ale normalnie na 2 łyżki klasycznych ziół wypada 1/3 łyżeczki chilli)
3 ząbki czosnku
świeży pieprz + sól morska
150 ml wytrawnego białego wina

Pomidory parzymy, obierany ze skóry i kroimy w drobną kostkę, następnie przekładamy do garnka o grubym dnie, dodajemy posiekany czosnek, sól i pieprz (po około pół łyżeczki) oraz zioła. Przykrywamy i na bardzo wolnym ogniu od czasu do czasu mieszając gotujemy przez około trzy godziny, co pół godziny podlewając winem. Po około dwóch godzinach dodajemy cukier i ewentualnie dosalamy lub dopieprzamy. Zdejmujemy też pokrywkę aby sos odparowywał.

1/2 kostki tofu marynowanego w bazylii
1 cebula
8 pieczarek
2 łyżki oliwy
sól

200 g makaronu Tagliatelle Verdi (ze szpinakiem)

+ świeża pietruszka albo bazylia do przybrania i kilka kromek chleba do wytarcia talerzy

Kiedy sos dochodzi, zajmujemy się makaronem i pieczarkami z tofu. Makaron gotujemy w dużym garnku z mocno osoloną wodą na al dente. Pieczarki kroimy w plastry, tofu w kostkę, a cebulę w pióra, wszystko smażymy na oliwie ze szczyptą soli na średnim ogniu, kiedy się ze złoci przykrywamy na ok 4 minuty aby doszło.  Odcedzamy makaron i nakładamy*. Proponuję duże białe talerze i po kieliszku dobrze schłodzonego wina, a na deser może Osiem i pół Felliniego? hmmm 

BON APPETIT!

* Wedle tradycyjnej włoskiej domowej szkoły wszystkie składniki miesza się przed nałożeniem w dużym garze, u mnie poszło warstwo. Pozostawiam to wam - kwestia gustu.

środa, 29 maja 2013

nibySER

Niby ser to dziwna nazwa, ale pamiętam jak szukałam różnych substytutów serów i mleka dla wegan. W jednej z wielkich internetowych baz przepisów znalazłam przepis na pastę z drożdży. Czemu nosiła nazwę "niby ser" nie wiem do dziś, choć może rzeczywiście niektórym kojarzyć się z serem topionym w konsystencji i pleśniowym w zapachu/smaku. Dla mnie była odkryciem i jadłam ją wówczas prawie codziennie. Potem jak to bywa z zauroczeniami fascynacja minęła i popadła w zapomnienie. Ale mój przyjaciel i kompan podróży zawsze wspomina ja z rozrzewnieniem, a ponieważ gościł u mnie niedawno niby ser powrócił do łask. 

W akompaniamencie z obrazem Tali Madani genialnej artystki irańskiego pochodzenia. Na której wystawę zupełnie przypadkiem trafiłam w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Sztokholmie i byłam wstrząśnięta lekkością kreski, satyrą, dosadnością i inteligencją jej prac. Delikatne w formie i błyskotliwe w treści zapadły mi w pamięć, a ponieważ tematyka Azji Mniejszej od czasów Persepolis jest mi bliska artystka trafiła w sedno moich zainteresowań.

ilość na 4-6 kanapek

1 kostka drożdży
1/2 cebuli
2 łyżki mleka roślinnego
1 łyżeczka oleju
sól morska + świeży pieprz

+ pomidor/szczypior/świeże zioła
+ pumpernikiel (moim zdaniem najlepszy duet) lub domowy chleb

Cebule kroimy w kostkę i na małym ogniu razem z olejem, sola i pieprzem smażymy na złoty kolor. Następnie kruszymy drożdże i dodajemy do cebuli razem z dwoma łyżkami mleka roślinnego. Wszystko mieszamy aż drożdże się rozpuszczą (ok 1 min.) i podgrzewamy cały czas mieszając jeszcze przez 30 sekund. Przekładamy na pieczywo, dodajemy grube plastry pomidora, szczypior albo zioła i suto pieprzymy. Ja lubię w wersji zapieczonej, wrzucone jeszcze na 3 minuty do nagrzanego piekarnika tak aby chleb był chrupiący i ciepły. Smacznego!

czwartek, 16 maja 2013

SZKLANY MAKARON i tajskie maski

Szklany makaron ma piękną konsystencje, jest przeźroczysty, błyszczący i niełamliwy. W Polsce często nazywany sojowym w rzeczywistości zrobiony jest z fasoli mung. Nie wymaga gotowania, świetnie sprawdza się w zupach i daniach smażonych. Na ogół kojarzy się z Chinami i Japonią, choć w zupełnie różnych wersjach. U mnie ubrany został w bardziej tajsko-malezyjską kreacje czyli limonkę, chili i prażone orzeszki ziemne. Ciężko go podzielić jak jest suchy, zalałam więc wrzątkiem całą paczkę i od 4 dni regularnie używam z różnymi dodatkami. Do kompletu z rzeźbą  z Pałacu Królewskiego w Bangkoku - atrakcji jak dla mnie kuriozalnej ale pokazującej fenomeny tajskiej kultury od podszewki.

ilość na 2 porcje

50g makaronu sojowego
1 pomidor 
1/2 papryki
1 por
2 ząbki czosnku
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka soku z cytryny/limonki
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżeczka pasty czerwone curry
1/2 łyżeczki cukru trzcinowego
1 garść prażonych orzeszków ziemnych

+ liście świeżej bazylii

Wszystkie warzywa szatkujemy i wrzucamy na rozgrzany olej. Smażymy na średnim ogniu dodając przyprawy i cały czas mieszamy, aż wszystko się razem przegryzie. Przykrywamy na 2-3min aby lekko zmiękło i puściło sok, a następnie dodajemy makaron (przygotowany wedle przepisu na opakowaniu). Lub nakładamy makaron i warzywa osobno na talerz (po 3 dniach doszłam do wniosku, że smakuje lepiej jak wszystko jest przesmażone razem). Dodajemy świeża bazylię, posypujemy orzechami  i pałaszujmy - polecam pałeczkami.

czwartek, 2 maja 2013

SAŁATA w świecie sztuki

Myślę że to nie jest mistrzowskie podanie sałaty, zdaje się też, że wygląda na przegląd lodówki i ma za zadanie być paliwem na pół dnia, i cóż dokładnie tak było. "Siedem dni w świecie sztuki" to nie tylko tytuł właśnie przeczytanej przeze mnie książki (POLECAM autorstwa Sarah Thornton ), ale także główny motyw minionego tygodnia. Siedem dni na zmontowanie wystawy, siedem dni pracy, nerwów, gaszenia pożarów i wymyślania alternatywnych rozwiązań. W rezultacie siedem dni zwieńczonych sukcesem i spełnieniem, choć jeszcze na 15 minut przed wernisażem łacina podwórkowa latała w powietrzu często i gęsto. Wyszło super, w industrialnej przestrzeni gdyńskiego 3A Project Space we współpracy z galeriawdomu.pl udało się stworzyć wyjątkowy projekt, który można oglądać do 16 maja.

A wracając do jedzenia, moja Olga zwana Żoną, która użyczyła mi dachu nad głową miała tak samo pracochłonny czas jak ja. Różnica polegała tylko na tym, że ja biegałam z drabiną, workami z ziemią i kubłami farby, a Żona nie wstawała od komputera. Do tego zupełnie zmienił nam się cykl dnia i nocy. Głównie się mijałyśmy i nie było czasu nawet na wymienienie kilku zdań, nie mówiąc już o wspólnym posiłku.  Ale był taki jeden ranek kiedy ta fura szpinaku z dodatkami stanowiła pretekst do wymiany refleksji, pomysłów i frustracji. Zjednoczyło nas to śniadanie na placu boju, choć szybkie i proste dało nam potrzebnego powera do dalszej walki.

ilość na dwie szczere porcje:

3/4 opakowania świeżego szpinaku
2 pomidory malinowe
20 czarnych oliwek
1/2 cukinii
50g migdałów w płatkach

2 łyżki octu balsamicznego
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka miodu
1 łyżeczka świeżego pieprzu

+ 4 kromki domowego chleba z rozmarynem

Płuczemy szpinak, siekamy oliwki i pomidory, oraz na dużej tarce trzemy cukinię, wszystko układamy warstwami od razu na dwóch talerzach. W szklance mieszamy sos sojowy z octem, miodem i pieprzem. Tak przygotowanym sosem zalewamy sałatę. Wszystko suto posypujemy podprażonymi na patelni migdałami. W drugiej wersji można wszystko wymieszać w dużej misce. Dla chętnych chleb, Olga poprosiła o grzanki co też było fajną opcją. 

Art is the way of survival!

środa, 17 kwietnia 2013

pasta CEBULOWA

Nie jestem miłośniczką malarstwa pejzażowego, chyba że bliżej mu do abstrakcji niż perfekcyjnego oddania świata zastanego. Przez całą edukacje artystyczną miałam problem z malowaniem w plenerze, nie lubiłam gapiów zaglądających przez ramię, much przyklejających się do farby i tej konieczności odwzorowywania rzeczywistości. Nie pałam miłością do impresjonistów i nie powiesiła bym w domu polskich realistów. Mimo, iż darze ich ogromnym szacunkiem i umiem docenić. Ze sztuki zajmującej się przestrzenią zewnętrzną najbardziej lubię street art i land art. Pierwszy za tworzenie miejskiej galerii, publicznej, żywej i zmiennej. Drugi za działanie z przyrodą, zabawę z naturą i ogromną skalę. Oba są tymczasowe podobnie jak przyroda, tylko rzadziej się to dostrzega.

Szukając tematu do pasty cebulowej natknęłam się na jeden z nielicznych pejzaży, który namalowałam na plenerze lata świetlne temu, plener przerodził się w piknik, a piknik w ognisko. Szczegóły pracy twórczej na świeżym powietrzu są (przynajmniej z domysłów) wszystkim mniej lub bardziej znane. Koniec końców jest taki, że prac powstaje niewiele, ale opowieści nie mają końca. Ponieważ wspomniany plener był gdzieś gdzie wrony zawracały, a odległość do najbliższego sklepu przekraczała nasze możliwości wyczerpane praca "twórczą", właścicielka pensjonatu w którym stacjonowaliśmy upiekła nam chleb, ja z resztek zapasów zrobiłam do niego pastę. Skład był podobny z tym wątkiem, że tamtejsza kuchnia dysponowała z przypraw tylko solą, pieprzem i magi, ale efekt zadowolił najbardziej wybrednych.

ilość na średni słoik ok 200ml

1 duża cebula cukrowa
4 pomidorki cherry
1 garść orzechów włoskich
1 gałązka rozmarynu
1/2 łyżeczki soli morskiej
1 łyżeczka świeżego pieprzu
2 łyżki oliwy z oliwek

+ można dodać łyżkę ziół prowansalskich i czarne oliwki (ok 8 sztuk)

Cebulę kroimy w drobna kostkę i smażymy na oliwie na małym ogniu z solą i pieprzem, aż nabierze złotego koloru. W wysokim naczyniu miksujemy ostudzoną cebulę z reszta składników, jeśli masa będzie zbyt rzadka (to zależy od pomidorów) dodajemy więcej orzechów. Całość trzymamy w słoiku do 5 dni.

piątek, 12 kwietnia 2013

SPAGHETTI z piwną nutą

Zbliżał się wieczór, a moja chcica na włoskie smaki rosła z minuty na minutę. Nie jestem mistrzynią spędzania długich godzin w kuchni, a prawdziwy sos pomidorowy tego właśnie wymaga, ale jechałam do przyjaciół na wieczór i wiedziałam, że będziemy gadać w kuchni i o kuchni. Lubię u nich gotować, ponieważ trochę tam mieszkałam wszystkie potrzebne składniki zawsze są na stanie. Tym razem znalazłam nawet bonus w lodówce w postaci piwa Franziskaner Weissbier, które genialnie uzupełniło mój pomidorowy sos. Powolutku ma małym ogniu przez godzinę pyrkotałam pomidory z przyprawami i cebulę z papryką. Kolor nabierał intensywności, sos konsystencji. Zapach rozniósł się po całej kamienicy, a rozmowy toczyły się zwyczajnym torem, trochę śmiechu, szczypta pracy i garść życia, nie wspominając już o worku pasji. W planach był nocny spacer po Powiślu ale pogoda pokrzyżowała nam plany. Wyszło sycząco i bardzo smakowicie. La dolce vita!

ilość sosu na 3 do 4 porcji, makaronu ile kto lubi :)

1 duża czerwona cebula
1 papryka
4 łyżki oliwy z oliwek
sól (jak kto lubi, dla mnie ok 1/3 łyżeczki)
1 łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu
500 g pomidorów (może być z kartonu/puszki - wersja dla zapracowanych)
3 ząbki czosnku 
150 ml piwa
2 łyżki ziół prowansalskich

ok. 1/2 opakowania makaronu spaghetti (wedle uznania)
świeży rozmaryn

Siekamy drobno cebulę, razem z solą i pieprzem smażymy na oliwie na bardzo małym ogniu przez 10 min, następnie dodajemy paprykę pokrojona w kostkę i dalej mieszając od czasu do czasu smażymy kolejne 10 min. W garnku zagotowujemy sparzone, pokrojone w kostkę pomidory, dodajemy zioła i przeciśnięty czosnek i na małym ogniu gotujemy przez 20 min bez przykrycia (po 10 min dodajemy 100ml piwa). Po 20 minutach przelewamy zawartość garnka na patelnie, dolewamy resztę piwa i cały czas mieszając na małym ogniu gotujemy jeszcze 20-25 min tak aby sos zgęstniał i się "przegryzł" (sprawdźcie czy nie trzeba dosolić). W tym czasie w dużym garze w osolonej wodzie gotujemy makaron al dente. Kiedy sos dojrzeje, odlewamy makaron i przekładamy do głębokich talerzy, dodajemy sos i drobno posiekany świeży rozmaryn (ok 10 listków na porcję).

Lick la dita delizioso!

piątek, 8 marca 2013

SMAK LADAKHU czyli pocztówka z podróży

 
Czym dłużej siedzę w jednym miejscu tym bardziej tęsknie za plecakiem oraz prostym życiem, gdzie droga i namiot stanowią codzienność. Kilka miesięcy w domu i świerzbią mnie nogi, już bym gdzieś poszła, coś zobaczyła i bardzo się zmęczyła. Wspięła się na jakąś górkę, wykąpała w bardzo zimnej rzece i poznała nową kulturę. I jeszcze dobrze nie osiadłam, a już gdzieś w zakamarkach umysłu kiełkuje kolejny pomysł, najpierw zmienia się tematyka czytanych książek, potem muzyka, która leci z głośnika, powoli na biurku pojawiają się mapy i w ruch idzie cała logistyka. Może jeszcze nie jutro, ale już za parę chwil za chwil parę .... A tymczasem zupa, sycąca, gęsta, przyjemnie ostra. Rozgrzewa w zimne dni, czasem w drodze jest jedynym posiłkiem. W poszukiwaniu smaku gór, ducha Tybetu i kolejnych podróży małych i dużych. DZULAJ (bywaj zdrów) jak to mawiają na Dachu Świata.

Ilość na cztery duże michy:

1 kubek czerwonej soczewicy
2 cebule
1/2 kg ziemniaków
1 duża marchewka
3 pomidory
3 kubki ciepłej wody

2 łyżki oleju
2 łyżeczki tandori masali
2 łyżeczki kminu rzymskiego
1 łyżeczka kebab masali
1 łyżeczka czarnej soli

Soczewicę namaczamy w dwóch kubkach wody przez co najmniej dwie godziny, płuczemy i w dużym garze gotujemy na małym ogniu w 3 kubkach ciepłej wody aż do rozgotowania, miksujemy na gładko. Sparzamy pomidory i obieramy ze skórki, pokrojone w kostkę dodajemy do soczewicy. Resztę warzyw kroimy w spore kawałki, razem z przyprawami i olejem smażymy na patelni, najpierw na dużym ogniu, tak aby tłuszcz i przyprawy stworzyły masalę (musi zacząć mocno pachnieć i się zarumienić), po czym przykrywamy. Dusimy na średnim ogniu, od czasu do czasu mieszając, tak aby nie przywarło. Kiedy warzywa zmiękną (ważne aby się nie rozgotowały) dodajemy cała zawartość patelni do gara, zagotowujemy i po ok. 2min. rozlewamy do misek. Można przybrać pietruszką albo kolendra. (Bardzo smaczna jest też następnego dnia kiedy wszystkie smaki "przegryzą się"). Danie jednogarnkowe i na obiad, i na kolację :).

piątek, 22 lutego 2013

DOLCE VITA czyli kokosowa pomidorowa




























Wszystkim pomidory kojarzą się głównie z kuchnią włoską, ja najlepsze jadłam w Afryce. Cudowne były w banalnej sałatce, drobno posiekane i przyprawione tylko cebulką oraz sokiem z limonki, na Capo Verde czy w Kenii. Wyjątkowe były na ostro po kantońsku ze świeżym tofu i makaronem ryżowym w Kraju Środka i oczywiście fenomenalne we wspomnianej już Italii do Chianti Classico na jednej z toskańskich uliczek Sansepolcro.

Jednak z gotowaniem jest jak z malarstwem, gdy dotknie się jednego koloru płynnie przechodzi on w kolejny, i tak tworzą się nowe gamy, tonacje i melodie. Moją pomidorowa na kokosach to dzisiejsza improwizacja/wariacja, delikatna tęsknota za słońcem i nowy smak. Szybki, smaczny i świeży lunch, w tonacji lata i dalekich krajów, w środku zimy. Spróbujecie :).

Porcja dla dwóch osób

1 torebka /1 szklanka ugotowanej (bądź namoczonej przez noc) kaszy gryczanej

1 cm korzenia imbiru
2 małe ząbki czosnku
1 łyżeczka kolendry
1 nasionko kardamonu (opcjonalnie - bardzo mocny smak)
1 łyżka sosu sojowego
1/2 kostki wegetariańskiej
1 łyżka soku z cytryny/limonki
1/2 kubka gorącej wody

250 g soku pomidorowego bądź 3 sparzone i pokrojone pomidory

mleko kokosowe
liście natki pietruszki/kolendry lub bazylii

Wszystkie przyprawy blendujemy z gorącą wodą na gładki płyn, wlewamy do garnka i dodajemy sok pomidorowy/pomidory. Zagotowujemy i na małym ogniu mieszając gotujemy jeszcze 3 min. Na dno miski wykładamy połowę kaszy gryczanej, zalewamy zupą i dodajemy solidną łyżkę mleka kokosowego (polecam gęste), ozdabiamy świeżymi ziołami.

Smacznego!