Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mleko kokosowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mleko kokosowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 września 2013

krem MARCHEWKOWY i FIGA

Nieustająco pada więc nie pozostało mi nic innego jak przenieść słońce na talerz. Żywe barwy i soczyste smaki to podstawa przetrwania pierwszej fali jesiennej szarości. W ferworze różnych zdarzeń krem pachnący imbirem daje kopa do działania. Świeże figi dopełniają całość, a orientalne dodatki budują wielowątkowe historie. Zaczęłam się uczyć rosyjskiego, wypchnęłam Samuraia w pierwszy teren i sędziowałam na off roadzie. Przygotowania do drogi idą pełną parą. Aby było śmieszniej wszyscy wokół służą radą, upominają, uczą i zachęcają do przekraczania własnych granic. Tylko w tym całym ferworze wrażeń brakuje czasu na gotowanie. Ostatnio moja doba rozciągnęła się niczym guma do majtek i już nie wykazuje  większej elastyczności, a mi cały czas marzą się jeszcze wieczorne czary w kuchni. Wczoraj późną nocą nasączyłam dom kolorem i zapachem. Polecam, bo dziś wczorajszy krem dał mi to dużo radości, mimo iż pity w samochodzie z termosu.

ilość na litr zupy
6 marchewek
1 pomarańcza
3 cm korzenia imbiru
2 kubki wrzątku
200 ml mleka kokosowego
4 łyżki sosu sojowego
1 łyżka oleju kokosowego
1/2 łyżeczki pasty czerwonego curry

+ świeża kolendra i figi

Około 15 minut gotujemy posiekaną w kostkę marchewkę z dwoma kubkami wrzątku, sosem sojowym, olejem i imbirem. Kiedy marchewka zmięknie zestawiamy garnek z ognia. W blenderze miksujemy na gładki płyn pomarańcz, mleko kokosowe, curry, kolendrę (ilość wedle uznania) oraz imbir z zupy. Zawartość blendera przelewamy do garnka z marchewką i miksujemy na gładki krem. Podajemy w salaterkach z wkrojoną świeżą figą i pałaszujemy do syta. Smacznego!

czwartek, 29 sierpnia 2013

zielona TARTA z KALAFIOREM

Wstałam i zastanawiam się co by tu zmajstrować. Biegać chwilowo nie mogę, joga też mi jakoś wyjątkowo nie służy, nadprogramowy przydział energii wychodzi mi uszami. Powinnam go spożytkować w ruchu ale moje ciało z trudem wykonuje proste czynności, cały czas dobitnie wypominając mi ostatnie warsztaty taneczne, które tak nieświadomie mu zafundowałam. Tak więc od rana krzątam się po kuchni, bo ileż można odpisywać na maile i udawać, że się pracuje. Szybki przegląd lodówki, składniki na blat i do dzieła. Kolor powstałego quiche mi samej zaimponował, a smak okazał się naprawdę warty grzechu porzucenia na jeden dzień owsianki na rzecz świeżej zdecydowanie lunchowej tarty.

W ramach inspiracji kolejna rzeźba z Poznania tym razem gips Adam Graczyka pod tytułem Cień II z 1983 r. Praca odwołująca się idei formy ukrytej w materiale/tworzywie, którą należy jedynie odsłonić, ukazując światu. Taka koncepcja rzeźbiarska znana jest od antyku, poprzez prace Michała Anioła na naszej rodzimej genialnej Alinie Szapocznikow kończąc. Polecam i pracę, i taki pogląd na rzeźbę.

ilość na blachę 20x30 cm, pieczemy 40 min, termoobieg na 200 st C

ciasto:
1 kubek ugotowanej kaszy jęczmiennej (w moim przypadku wczorajsza)
1/3 puszki mleka kokosowego
1/2 kubka oleju kokosowego lub np. z suszonych pomidorów (dał bardzo fajny posmak)
1 kubek mąki z ciecierzycy
1 łyżka tahini
1 łyżeczka soli morskiej
1 łyżeczka proszku do pieczenia

+ olej i otręby do wysmarowania i obsypania blachy

wkład:
1/2 niewielkiego kalafiora

1/2 kostki tofu (ok 100 gr)
1 ogórek gruntowy
1/2 pęczka natki pietruszki
2 ząbki czosnku
1 łyżeczka kminu indyjskiego
1 łyżeczka ostrej masali
1 łyżeczka soli morskiej
1/3 puszki mleka kokosowego

W blenderze miksujemy ugotowaną kaszę z mlekiem, olejem, tahihi i solą. Po około 3 minutach przekładamy gęstą, gładką masę do miski, dodajemy mąkę i proszek do pieczenia. Mieszamy drewnianą łyżką do momentu uzyskania zwięzłego ciasta. Blaszkę smarujemy olejem i obsypujemy otrębami, następnie wyklejamy ciastem tak aby powstał mniej więcej 2 cm rant. Kalafiora kroimy na drobne kawałki i wsypujemy na ciasto. W blenderze umieszczamy resztę składników i miksujemy ok 3-4 minut do uzyskania puszystego, gęstego sosu. Jeżeli będzie się ciężko miksować można dodać kilka łyżek wody. Całą zawartość blendera równomiernie wylewamy na ciasto, przykrywając grubym kożuchem kawałki kalafiora. Blachę wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy około 40 min. Smacznego!

wtorek, 27 sierpnia 2013

AMOK z Tofu

Amok to tradycyjne danie kuchni kambodżańskiej, esencjonalne, mocne, wygotowane i nie dające o sobie zapomnieć. Przez te kilka tygodni poszukiwania wrażeń i przyjemności w tym niewielkim kraju jadłam amok gęsty i rzadki, delikatny i wytrawny, w formie zupy, sosu czy od razu całego zapieczonego dania. Jest to po za sałatką z zielonej papai najbardziej charakterystyczny smak dla tej szerokości geograficznej. Tradycyjnie danie przygotowuje się w woku ale wersja z patelni z bardzo grubym dnem albo z rondla też daje radę. Z resztą ten ostatni sposób uskuteczniłam całkiem niedawno ponieważ w ferworze licznych przeprowadzek mój wok się zdematerializował. Poniżej przepis na tofu inspirowane khmerską kuchnią w komplecie z najlepszą pracą Hasiora jaką widziałam od lat. 

Hasior w całej mojej edukacji artystycznej przewijał się wiele razy, fascynował mnie i moich przyjaciół, przykuwał i zmuszał do myślenia będąc wprawnym obserwatorem/komentatorem rzeczywistości. Jak większość wielkich nie odnalazł się w tym świecie i najpierw uciekł w uzależnienia, a potem na "drugą stronę lustra". Praca "Wyszywanie charakteru" z Muzeum w Poznaniu zachwyciła mnie jak zawsze prostotą środków i siłą wyrazu, oraz poczuciem wdzięczności dla moich rodziców którzy pozwolili mi "wyszyć" się samodzielnie.

ilość ma jedno danie w formie zupy lub jako sos do dwóch lunchowy porcji

baza:
2 ząbki czosnku
2 cm świeżego imbiru
1/2 cebuli
1/2 łyżeczki trawy cytrynowej
1 szczypta kurkumy
1/2 łyżeczki zielonego curry (może być zwykła przyprawa curry wtedy polecam pominąć kurkumę)
2 łyżki sosu sojowego lub pasty miso
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soku z limonki

teść:
1/2 puszki mleka kokosowego
1/2 opakowania świeżego szpinaku baby
200 gr naturalnego tofu

+ ryż albo makaron

Wszystkie składniki bazy umieszczamy w blenderze i miksujemy na gęstą aromatyczną pastę, można zrobić większą ilość i przechowywać w lodówce. Miałam bardzo ciemną pastę miso więc końcowy efekt wyszedł w tonacji brązowej oryginalnie amok powinien być żółtawy albo beżowy. Do rondla lub woka przekładamy pastę, dodajemy mleko kokosowe i zagotowujemy. Następnie dokładamy pokrojone w kostkę lub słupki tofu (i inne warzywa jeśli dusza zapragnie) i mieszając od czasu do czasu gotujemy aż sos zgęstnieje. Następnie układamy na naczyniu żaroodpornym szpinak (można od razu dodać też ryż), zalewamy sosem i zapiekamy około 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st. W takiej postaci danie jest bardzo rozgrzewające. Można też podać osobno ryż i sos prosto z rondla, najlepiej w osobnej miseczce. Kolejną opcją jest wymieszanie sosu z makaronem i dodatkowe przesmażenie, wtedy całość nabiera formy phad thai'a. Mile widziane są też różne warzywa i świeże zioła, polecam bakłażany, cukinię i marchewkę jako wsad a tajską bazylię, sezam, orzechy nerkowca i chilli jako dodatki. 

bardzo dobre - ល្អណាស់ - la nasa

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

pieczony BAKŁAŻAN z czterech stron świata

Spędziłam fantastyczny tydzień w Poznaniu. Pojechałam na Międzynarodowe Warsztaty Taneczne, które skutecznie zweryfikowały moje poczucie, że mam kondycję. Zamieszkałam u Joanny, która okazała się bratnią duszą, pełną energii i pasji życia, oraz zwiedziłam bardzo ciekawe miasto, o którym miałam wyłącznie mgliste wyobrażenie gdzieś z azymutem na Koziołki, Stary Browar i festiwal Malta. Był to tydzień wrażeń, potu, bólu, siniaków, muzyki i śmiechu. Przy okazji w przerwach między kolejnymi zajęciami chodziłam, zaglądałam, poznawałam i szukałam inspiracji. Udało mi się obejrzeć kilka bardzo dobrych wystaw w tym ekspozycję Sztuki II poł. XX wieku w Muzeum Narodowym, nomen omen naprawdę imponującą (stolica może się schować). I kiedy już przyszedł czas powrotu do domu postanowiłam Joannie ugotować kolację, chciałam podziękować za gościnę i rozmowy bez końca. Ponieważ Asia lubi podróże i opowieści o świecie zaserwowałam bakłażany doprawione czterema stronami świata. Enjoy!

ilość na dwie porcje

1 niewielki bakłażan
2 pieczarki portabella (zachód - Ameryka)
100 gr orzechów nerkowca (wschód - Wietnam)
1/2 opakowania świeżego szpinaku baby (pochodzi z Azji zachodniej)
1 mała puszka mleka kokosowego (wschód - Tajlandia)
2 łyżki oleju np. z suszonych pomidorów (południe - Włochy)
2 czubate łyżeczki przyprawy do kebaba (południe - basen Morza Śródziemnego)
4 łyżki sosu sojowego (wschód np. Japonia)
3 ząbki czosnku (cała półkula północna)
4 łyżki soku z cytryny (tam gdzie ciepło i dużo słońca)

+ sól morska
+ tortille kukurydziane (sprawdźcie skład ponieważ czasem można znaleźć pół tablicy Mendelejewa) albo pity

Nastawiamy piekarnik na 200 st. i zanim się nagrzeje kroimy bakłażana w plastry i solimy po obu stronach. Kiedy puści sok wycieramy ręcznikiem papierowym nadmiar wody i wkładany do piekarnika na około 20 minut. W rondelku rozgrzewamy olej, dodajemy sos sojowy, przyprawę do kebaba, drobno posiekany czosnek i dwie łyżki soku z cytryny, wszystko razem podgrzewamy aż zacznie mocno pachnieć. Zmniejszamy ogień i dolewamy mleko kokosowe, a następnie dodajemy pokrojone w kostkę pieczarki, gotujemy około 10-12 minut. W między czasie zaglądamy do piekarnika, przewracamy bakłażana i smarujemy je za pomocą łyżki sosem z rondelka. Na niewielkiej patelni prażymy orzechy nerkowca, delikatnie aby nie przypalić ale zarumienić. Na dużej patelni podgrzewamy szpinak ze szczyptą soli i pozostałym sokiem z cytryny. Szpinak ma się delikatnie ściąć ale zachować kolor i świeżość. Jeszcze raz odwiedzamy bakłażana, przewracamy po raz kolejny na drugą stronę, muskamy olejem i dokładamy tortille lub pity aby się podgrzały. Po około 4 minutach przygotowujemy posiłek na talerzach. Najpierw szpinak, następnie bakłażan pokrojony w wąskie długie paski, na to sos z pieczarkami, wszystko razem obsypane orzechami i uzupełnione pokrojonymi w ćwiartki tortillami lub pitą. Niebo w gębie!

PS. Aby tego było mało na deser proponuje Brownie z malinami mniam mniam :)
PS.I. Rzeźba to praca Krzysztofa M. Bednarskiego Muzeum Narodowe w Poznaniu

wtorek, 20 sierpnia 2013

PLACKI z CIECIORKI





Wstałam w zeszły czwartek rano i zachciało mi się czegoś wyjątkowego. Odpuściłam sobie poranne bieganie i jogę, zawinęłam się w koc i najpierw długo sączyłam herbatę z dobrą książką w ręku, a potem powędrowałam do kuchni po odrobinę kulinarnej magii. Miałam ochotę na ciepłe ale świeże śniadanie które można by spałaszować za pomocą palców. Najchętniej delikatnie zaciągające wschodem. Z ostatnich "zdrowych" zakupów ostała mi się mąka z cieciorki tak więc blender w ruch, patelnia na gaz i do pracy. Wyszły smakowite placki, dobre i na śniadanie i na lunch, i na kolację. Z przyjemnością i talerzem w ręku wróciłam do łóżka czytać dalej i rozpieszczać podniebienie. Przyjemnie się zaczął ten wolny czwartek.

ilość na 10 placków

1 szklana mąki z ciecierzycy
1 szklanka mleka ryżowego
2 łyżeczki oleju kokosowego
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki ostrej masali (np. do shoarmy)
1/2 łyżeczki kminu indyjskiego
2 szczypty soli

+ ogórek gruntowy / świeży szpinak
+ dip musztardowy - 3 łyżeczki musztardy sarepskiej wymieszane z 3 łyżeczkami mleka kokosowego

Wszystkie składniki wrzucamy do blendera i miksujemy około 3 minut w celu osiągnięcia zwartej masy. Rozgrzewamy patelnię i natłuszczamy wybranym olejem (podążyłam dalej tym samym tropem i kontynuowałam z kokosowym), za pomocą chochli robimy placuszki i na średnim ogniu smażymy po obu stronach na złoto. Przekładamy gotowe placki na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym lub pergaminem aby oddały ewentualny nadmiar tłuszczu. Serwujemy najlepiej jeszcze na ciepło ze świeżymi warzywami i dipem musztardowo-kokosowym. Enjoy!

środa, 14 sierpnia 2013

KURKI inaczej


Sporo rzeczy w życiu robię na wspak, wszyscy dookoła się stabilizują i poważnieją, a ja podejmuję coraz bardziej szalone plany. Kupuje coraz starsze samochody i sięgam wzrokiem gdzie wzrok nie sięga. Spełniłam kolejne marzenie, po kilku miesiącach poszukiwań znalazłam starą mała terenówkę - wdzięcznego Samuraia w niezłym stanie, którego jak plotka głosi można naprawić młotkiem. Pojechałam go obejrzeć nikomu nic nie mówiąc pod Katowice i jak tylko go zobaczyłam to wiedziałam, że to miłość od pierwszego wejrzenia. Co prawda do łóżka się nie zmieści, do windy też nie wchodzi, zagłusza radio i nie ma wspomagania ale po za tym jest idealny, no nie jest też czarny ale to musiałam mu wybaczyć na wstępie. Wjedzie wszędzie i nawet z prędkością przelotową 80 km/h jest królem szos. Mój wariacki plan zakłada podbój Azji Centralnej tym małym zielonym pudełkiem i wierzę, że razem nam się uda, start już za 10 miesięcy. A tym czasem wracając z Suwalszczyzny kupiłam kurki i jagody, ponieważ kurki w wersji klasycznej są wszystkim znane postanowiłam poszaleć i doprawić je wschodem z odrobiną fantazji - i znowu się udało, spróbujcie!

ilość na 3 do 4 porcji

1/2 kg kurek
1 cebula cukrowa
2 łyżki oleju kokosowego
4 łyżki sosu sojowego
150 ml mleka kokosowego
2 łyżeczki tahini
1/2 łyżki shichimi tougarashi lub pieprzu syczuańskiego

+ makaron z fasoli mung (1 pęczek na porcję) i świeży szpinak

Na patelni o grubym dnie podgrzewamy olej z sosem sojowym i dodajemy posiekaną w kostkę cebulę, którą smażymy aż puści sok. Następnie dodajemy kurki (wypłukane, niepokrojone) i smażymy około 4 minut, przykrywamy i dusimy aż zmiękną (czas zależy od wielkości kurek do 10 min.). Kiedy grzyby puszczą sok i dojdą zmniejszamy ogień i dodajemy mleko kokosowe, tahini oraz shichimi tougarashi lub pieprz syczuański. Dokładnie mieszamy i gotujemy tak długo aż woda odparuje tworząc gęsty sos (trzeba mieszać od czasu do czasu aby nie przywarło) do 10 min. Przygotowujemy makaron oraz nakładamy na talerze świeży szpinak, następnie wedle uznania makaron i kurki, można całość oprószyć sezamem. Smacznego!

PS. Kurki w tej wersji można też zmiksować na gładką masę tworząc rewelacyjną pastę do chleba, lub podawać jako dodatek do innych dań.

wtorek, 13 sierpnia 2013

lekki BIAŁY KREM

Dzieje się tyle, że nie wiem w co włożyć ręce. Dwa projekty mieszkań w toku. Niewielkie ale pełne niespodzianek na pięknym zielonym Żoliborzu. Kolejny obraz tym razem w szarościach, zainspirowany chyba nowymi butami do biegania i ostatnio widzianą wystawą w Zachęcie. W tak zwanym między czasie kilka dni na Suwalszczyźnie z mamą,  następne zrealizowane marzenia (ale o tym później) i nieskończoność pomysłów. Do tego biały krem jako świetna alternatywa na lunch lub kolację. Lekki, smaczny i sycący, dla mnie w wersji czystej ale na pewno sprawdzi się w zestawieniu z grzankami, ziarnami albo świeżą zieleniną. I tak jak wspomniałam ciekawa ekspozycja w Zachęcie, pośród miej i bardziej znośnych wystaw instalacja Katarzyny Krakowiak "Powstanie i upadek powietrza" polecam fanom czystego minimal artu. Na mnie działa, uwodzi i zmusza do myślenia, lub wręcz odwrotnie odpuszczenia wszystkiego - czyste ZEN. Enjoy!

ilość na dwie miseczki ale przyznaję, że pochłonęłam je samolubnie sama :)

1/3 kalafiora
1/2 dużej cebuli
1/2 kostki warzywnej
1 kubek wrzątku lub 1 kubek bulionu warzywnego
4 łyżki mleka kokosowego
2 łyżeczki tahini
1 łyżeczka soku z cytryny/limonki

+ sól morska do smaku

W niewielkim rondelku gotujemy kalafior, cebulę i wodą z kostką, ok 7 min aż warzywa zmiękną. Następnie przerzucamy całą zawartość garnka do blendera, dodajemy mleko kokosowe, tahini i sok z cytryny. Miksujemy 3 minuty na wysokich obrotach, jeżeli macie ochotę na chłodnik można dodać 6 kostek lodu. Smakujemy i ewentualnie doprawiamy, przelewamy do misek/czarek i podajemy. Dla chętnych polecam kiełki, ziarna i grzanki jako sycące extasy :)

środa, 31 lipca 2013

drożdżowe + OWOCE

Sezon na ciasta: świeże, lekkie i owocowe. Drożdżowe robiłam po raz pierwszy i wyszło bajeczne, okazało się proste i jedyne co było mu potrzebne do szczęścia to chwila na wyrośnięcie. Wszystko ukręciłam łyżką, a ciasto rozgniotłam na blasze ręką, nadając mu formę pizzy. Cały dom pachniał owocami, lasem i wakacjami. Ze szklanką zimnego mleka migdałowego powstał słoneczny podwieczorek w kolorze ciemnego bakłażana. Z własnego doświadczenia proponuję go przygotować w towarzystwie lub dla gości, inaczej tak jak ja sami skonsumujecie pół blachy. Nie jestem słodyczowa ale nie mogłam się oderwać. 

W tej samej tonacji namalowałam kiedyś obraz Tamara. Osiem lat temu byłam zafascynowana Tamarą Łempicką (lub de Lempicki jak lubiła się podpisywać) . Jej wyzwolonym życiorysem, rzeźbiarskim malarstwem i niepodważalną klasą. Polka z której można było być dumnym. Muzeum Narodowe w Warszawie wyeksponowało aktualnie jeden z jej niewielkich obrazków w Galerii XX wieku, POLECAM (cała galerię).


płaska blacha z piekarnika, 180 st., termoobieg, 30 min

zaczyn:

25 g świeżych drożdży
1 szklanka ciepłej wody
1 łyżka cukru trzcinowego
1 łyżka mąki żytniej

ciasto:

1/4 szklanki cukru trzcinowego
1/4 szklanki oleju
3 szklanki mąki żytniej
2 łyżki mleka kokosowego
1/2 łyżeczki cynamonu
1/3 łyżeczki tea masali

150 g jagód
2 brzoskwinie
1 łyżka sezamu lub wiórków kokosowych
2 łyżki syropu z agawy lub klonowego

W niewielkiej misce mieszamy składniki na zaczyn i zostawiamy na 15 min do wyrośnięcia. W dużej misce mieszamy cukier, olej, mleko kokosowe i przyprawy. Następnie dodajemy mąkę oraz zaczyn i mieszamy łyżką do uzyskania zwięzłego ciasta. Przykrywamy ścierką i pozostawiamy na pół godziny do wyrośnięcia. Mieszamy jagody z pokrojonymi w kostkę brzoskwiniami, dodajemy słód i sezam/wiórki. Blachę z piekarnika pokrywamy papierem do pieczenia, przekładamy ciasto i rozgniatamy je dłonią lub łyżką na duży placek grubości mniej więcej 3 cm, może być okrągły, nieregularny lub kwadratowy - czego dusza zapragnie. Na placek wylewamy owoce, delikatnie wciskając je w ciasto, blachę wkładamy do nagrzanego piekarnika i po około 20 minutach przykrywamy papierem aby nie przypalić owoców. Po upieczeniu pozostawiamy do wystygnięcia i z radością wcinamy. PALCE LIZAĆ!

czwartek, 11 lipca 2013

krem z BOBU

To był pełen freestyle, zostało pół kilograma bobu i pusta lodówkowa otchłań, a bób z solą i oliwą jakoś wydawał mi się zbyt oczywisty. Gdzieś między porządkowaniem przestrzeni, wykańczaniem obrazu i odpisywaniem na maile powstała prosta i zaskakująco smaczna kompozycja. Do tego w naprawdę ładnym, nieoczywistym i świeżym kolorze. Bób jest krótko więc warto z niego korzystać na wszelkie możliwe sposoby, polecam w postaci puree albo składnika do sałatek, świetny jest też pieczony ale to wersja dla bardziej cierpliwych :). A ponieważ nie była bym sobą gdybym nie skręciła na wschód w pakiecie z mlekiem kokosowym i genialną op-artową witryną salonu Louis Vuitton w Kuala Lumpur (którą notabene splagiatowała ZARA w poprzednim sezonie).

ilość na 4 niewielkie porcje

1/2 kg bobu
1/2 puszki mleka kokosowego (200ml)
1/2 l gorącej wody
4 ząbki czosnku
1/2 łyżeczki soli morskiej
1 łyżeczka chana masali

+ kolędra/mięta, sezam i sól morska

W wysokim garnku w pół litrze wody gotujemy bób z solą, chana masalą i dwoma ząbkami czosnku. Kiedy bób zmięknie miksujemy wszystko razem na gładką masę ok 3 minut (miksuję bób ze skórką). Następnie dodajemy mleko kokosowe (zostawiamy kilka łyżek do ozdoby) i pozostałe dwa ząbki czosnku, miksujemy jeszcze przez chwilę, aż całość nabierze ładnego koloru i płynnej, gęstej konsystencji. Zupę nakładamy do misek, dodajemy po łyżce mleka, posypujemy solą morską i sezamem, dodejemy listek czegoś zielonego i serwujemy. Gramy w zielone ! mniam

środa, 10 lipca 2013

vegan MAJONEZ

Majonez w tradycyjnym wydaniu to dla mnie smak sałatki warzywnej. Przez wiele lat jedynego wegetariańskiego dania na rodzinnych spotkaniach - o ile oczywiście warzywa nie były wyciągnięte z rosołu (ale to już inna inszość :)).  Majonez jakoś naturalnie znikną z mojej lodówki,  chyba nigdy nie byłam jego wielką fanką, a do sałat i surówek preferowałam inne smaki. Ale jak to często bywa historia zatacza koło, pod czas wizyty w Sopocie brałam udział w live cooking na plaży prowadzony przez Jolę Słomę i Mirka Trymbulaka, fantastycznych ludzi z pasją, misją i miłością do jedzenia. Dużo było o weganizmie i życiu bez glutenu, oni sami od dawna stosują taką dietę z powodzeniem. Wśród różnych smaków, słonych i słodkich pojawił się również majonez. Tak patrzyłam, patrzyłam i mi się zachciało. W mojej wersji jest ciut mniej soli i tłusty, ale to oczywiście kwestia gustu. Nie wiem jak smakuje oryginał ale konsystencja jest bardzo zbliżona. W lodówce spokojnie może stać nawet tydzień, u mnie zszedł szybciej, bo z radości odkrywania nowych smaków dodawałam go praktycznie do wszystkiego. Tym oto sposobem służył za sos do sałat, dip do przekąsek, zabielacz do zup i smarowidło na kanapkę z warzywami. Polecam bo łatwy i naprawdę smaczny.

ilość na słoik ok 300 ml

1/2 rozgotowanego kalafiora
4 łyżki mleka kokosowego
8 łyżek oliwy z oliwek lub innego tłuszczu
1/2 łyżeczki czarnej soli
1/2 łyżeczki  soli morskiej

Wszystkie składniki razem miksujemy ok 3 minut na gładką masę. Ważne aby kalafior był naprawdę rozgotowany (gotowałam na parze), mleko kokosowe służy za zabielacz i gwarantuje ładny kolor. Osobiście bardzo lubię oliwę z oliwek, ale nadaje charakterystyczną gorzkawą nutę, więc można ją zastąpić każdym innym tłuszczem. Jeśli chodzi o sól, czarna zapewnia jajeczny posmak, ilość jak kto sobie życzy, inne przyprawy też mile widziane, myślę, że kmin by fajnie zagrał. W każdym razie ilość na zwarty, sztywny majonez jak ktoś woli wersję bardziej płynną np. do sosu polecam dodać więcej tłuszczu i mleka kokosowego. Smacznego!

wtorek, 9 lipca 2013

lody KOKOSOWE z GRANATEM

W Azji szczególnie tej wschodniej je się mnóstwo dziwnych rzeczy, faszerowane nietoperze, smażone pająki i niewyklute jajka to tylko zalążek kulinarnych wariacji. Do tego w repertuarze są śmierdzące owoce (durian), woda kokosowa serwowana do wszystkiego i w dużych ilościach, oraz kosmicznie wyglądające passion czy dragon fruity zachwycają nie tylko wyglądem ale i smakiem. Azja to jedna wielka kulinarna przygoda, gdzie codziennie odkrywa się nowe kompozycje smakowe. Banany na ostro, fasola na słodko, lody groszkowe czy sałatka z papai poszerzają kuchenne horyzonty. W pamięci zapadły mi spreparowane woreczki ze świeżymi mniej (z chilli i solą) lub bardziej (z cukrem i imbirem)  dojrzałymi owocami, które w Malezji albo Tajlandii stanowiły lunchową przekąskę. A ponieważ eksperymentowanie to moje drugie imię postanowiłam wykorzystać nabytą wiedzę i niespożyte pokłady fantazji, czego efektem okazały się lody na miarę weganki zakochanej w Azji. Jak na pierwsze podejście rezultat był naprawdę całkiem niezły, a wszystko to dzięki pewnej Agatce, poznanej nomen omen w Laosie, która pewnego dnia, na pewnym portalu zamieściła nieprzyzwoicie smaczne zdjęcia wegan lodów. Nie pozostaje mi nic innego jak przyznać się, że pochłonęłam bezwstydnie cała miskę i niebawem planuję zmajstrować kolejną.

ilość na ok 0,7 l (4 porcje)

1 puszka pełnego mleka kokosowego (ważne aby w składzie było tylko mleko kokosowe i woda)
1/3 szklanki cukry trzcinowego (dla chętnych więcej)
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1/3 szklanki wiórków kokosowych
1 owoc granatu
szczypta soli

+ łyżka soku z limonki

1/2 mleka zagotować w rondelku o grubym dnie razem z cukrem, wiórkami kokosowymi i solą. Drugą część mleka wymieszać z mąką ziemniaczaną do uzyskania gładkiej konsystencji  i dodać do rondelka. Gotować aż zgęstnieje. Ostudzić do temperatury pokojowej, dodać owoce/ziarenka granatu i sok z limonki, przełożyć do maszyny do lodów albo zamrażalnika na minimum 3 godziny. Smaczne, lekkie,łatwe i przyjemne - enjoy!

PS. Okazało się, że mój zamrażalnik był ustawiony na -20 i miałam lody które przed podaniem musiałam lekko rozmrozić bo skamieniały z rażenia :) 

środa, 5 czerwca 2013

zamrożony BLOK

Blok czekoladowy to smak dzieciństwa, bardzo często zapomniany albo wypchnięty na antypody kulinarnej areny. Dla mnie jednak jest jednym z fajniejszych i prostszych deserów (mino iż wymaga cierpliwości), przy okazji bogaty w magnez i baaaardzo odżywczy. Nie robię go nigdy z byt dużo, ponieważ pewnie pochłonęła bym całość, a wtedy zbrzydł by mi na amen, ale w małych porcjach jest zawsze świętem. Ponieważ w weekend gościłam moją babcie na obiedzie, a babcia jest bardzo konserwatywne kulinarnie chciałam jej dogodzić jakimś zabawnym wspomnieniem kulinarnym i padło na czekoladowy salceson czyli blok. Kiedy przeszłam na weganizm odkryłam blok w wersji mrożonej, były bardzo upalne wakacje i chciało mi się lodów, ale lodów kremowych i ciężkich, a nie wodnistych sorbetów. Zaryzykowałam i masę na blok zamroziłam, skończyło się na tym, że przez kolejne 3 miesiące blok w zamrażalniku był pozycją obligatoryjną i wszyscy goście zamiast dzień dobry najpierw pytali się czy jest. Skład jest tak dobrany, że nawet po 3 dniach w temperaturze mocno ujemnej nie zamarza na kość, tylko przyjemnie się ciągnie i rozpuszcza w ustach.

ilość na 2-4 porcji

1 szklanka mleka roślinnego w proszku (np.kokosowe albo owsiane)
1/2 szklanki oleju ryżowego
1/4 szklanki wody
1/2 szklanki słodu np. syropu z agawy albo cukru trzcinowego (świetnie sprawdza się też melasa)
3 czubate łyżeczki ciemnego kakao
1 opakowanie (ok. 140 g) pokruszonych ciasteczek owsianych albo herbatników
ok. 200 g orzechów włoskich

+ orzechy i bakalie wedle upodobań
+ szczypta tea masali i 1/2 łyżeczki cynamonu

Kakao, wodę,  słód, olej i mleko w proszku podgrzewamy na małym ogniu, aż do całkowitego rozpuszczenia cały czas mieszając. Kiedy powstanie jednorodna masa, zdejmujemy z ognia i pozostawiamy do przestygnięcia. Siekamy orzechy, kruszmy ciastka i dodajemy do kakaowej masy w garnku, mieszamy najlepiej drewnianą łyżką. Salaterkę lub plastikowe naczynie o średnicy ok. 15 cm wykładamy folią spożywczą i przelewamy do niego "ciasto" (garnek można wylizać :)), wygładzamy wierzch i wkładamy do zamrażalki na min. 24h. Po dobie wyjmujemy z zamrażalki,  umieszczamy na talerzu do góry dnem, zdejmujemy folię, przybieramy świeżymy owocami i serwujemy. Enjoy!

wtorek, 4 czerwca 2013

dalekowschodnia BROKUŁOWA

Zawsze pilnowałam, aby czytać jedną książkę w danym momencie. Uważałam, że przy większej ilości, nie skupiam się na żadnej z czytanych pozycji i jest to po prostu bez sensu. Aż w czwartek rano obudziłam się z jedną książką na brzuchu, drugą obok głowy, a trzecia na stoliku nocnym. Wszystkie trzy aktualnie w użyciu, z notatnikami i znacznikami obok gotowymi w każdej chwili do pomocy. Oczywiście mogę się wytłumaczyć, że jedna jest stricte naukowa i czytanie jej longiem przerasta moje możliwości intelektualne (co zresztą nie jest prawdą, bo pięć lat temu przeczytałam ją w dwie noce). Druga składa się z esejów o fotografii i ewidentnie wymaga przerywników, bo przeczytanie stu pod rząd jest nudne, a trzecia jest o Azji Środkowej, rewelacyjna, prawdziwa i świetnie napisana. I tak oto trzy pozycje, pochłaniane z trzech zupełnie różnych powodów zajęły miejsce w moim łóżku, głowie i czasoprzestrzeni. Złapałam się już na tym że czytam nie tylko w środkach transportu, ale także gotując czy jedząc. Tak więc w ten święty wolny czwartek wstałam, zrobiłam co miałam do zrobienia i zabrałam się za czytanie z gotowaniem albo gotowanie z czytaniem. Wyszłam dalekowschodnia brokułowa z biblioteką z pewnego pięknego domu Mandaryńskiego Kupca z Georgetown w Malezji.

ilość na 4 porcje

1 mały brokuł
1/2 kubka kaszy jaglanej
1l gorącej wody
1 kostka warzywna
4 ząbki czosnku
4 cm imbiru
8 łyżek sosu sojowego
1/2 cytryny
1 łyżeczka brązowego cukru
szczypta chilli

+ kolendra / orzeszki ziemne / tofu / mleko kokosowe

W dużym garnku doprowadzamy do wrzenia wodę z kostką warzywną, drobno posiekanym czosnkiem, startym imbirem, połową sosu sojowego i chilli. Dodajemy kaszę jaglaną i pod przykryciem gotujemy na średnim ogniu ok 10 min. Gdy kasza zaczyna dochodzić, dorzucamy drobno posiekany brokuł, sok z cytryny, cukier i resztę sosu sojowego (można dodać naturalne tofu w dużych kostkach) i gotujemy jeszcze 3-4 min, tak aby brokuł zmiękł, ale się nie rozgotował. Rozlewamy zupę do misek, posypujemy prażonymi orzechami ziemnymi i kolendra albo szczypiorem, można również dodać łyżkę mleka kokosowego. 

Niezależnie co czytacie i ile tego macie pod ręką - miłej lektury i smacznego!

środa, 22 maja 2013

chłodnik DYNIOWY

Dostałam przedziwny prezent jak na tą porę roku - pół świeżej, soczystej, wielkiej dyni. Nie wiem gdzie przeleżakowała do maja i jakim cudem zgubiła się w przestrzeni, ale jej kolor, zapach i smak dał mi kopa energetycznego na cały dzień. Późna wiosna nie jest czasem gęstych kremowych zup przyprawionych curry, gałką, goździkami czy anyżem, ale już chłodnik na pomarańczach brzmiał idealnie. Prosty przepis,  orzeźwiający smak i uzależniający kolor to wszystko co jest mi potrzebne do szczęścia w kuchni. Jeśli gdzieś znajdziecie takie skarby (albo ktoś was nimi obdaruje) to bawcie się i twórzcie do woli - gwarantuje to czysta radość. 

Dla mnie pomarańcz w tym sezonie to kolor spełnianych marzeń, robię prawo jazdy na motocykl i powoli przymierzam się do kupienia pierwszego jednośladu właśnie z pod pomarańczowej bandery. Przy okazji projektuje też nadruk na kask. Chłopcy którzy mnie uczą, nakładli mi do głowy, że na drodze bądź w lesie mam "walić po oczach". Dla fanki jedynej słusznej barwy jaką jest czerń we wszystkich swoich odcieniach to spore wyzwanie, ale pokornie usiadłam, pokombinowałam i wyszedł mi WIDOCZNY patern różowo-pomarańczowy,  "kobieco" pomyślałam, no i z czarno-pomarańczowym motocyklem da radę :).

ilość na 4 porcje

1/4 dyni
3 ząbki czosnku
2 pomarańcze
1/3 kubka wody
4 cm imbiru
1 łyżka soli morskiej
2 łyżki siemienia lnianego lub sezamu
pieprz
świeża bazylia
4 łyżki mleka kokosowego

Dynie kroimy w drobną kostkę, razem z czosnkiem i wodą dusimy pod przykryciem na małym ogniu aż zmięknie. Następnie bierzemy wysoki dzbanek przekładamy dynię, dodajemy sok z pomarańczy, imbir i miksujemy na gładki krem. Na patelni prażymy sól z siemieniem albo sezamem. Nakładamy zupę do misek, posypujemy solą z ziarnami, wkrajemy bazylię, pieprzymy i dodajemy łyżkę schłodzonego mleka kokosowego. Smacznego!

piątek, 29 marca 2013

ostry KREM TAJSKI

Tydzień zaczęłam od zupy i na zupie skończę. Nawet kolorystyka będzie zbliżona.  Zaczynają za mną pełzać azjatyckie smaki. Mroźno na zewnątrz, a taki krem z tajską nutą to dobry rozgrzewacz, w kraju gdzie chilli nie żałuje się nikomu ostrość to podstawowa kuchenna wartość. Znalazłam przywiezione przyprawy i zabrałam się do odkrywanie ich kompozycji na nowo. Nie odtworzę dokładnie tego jak jadłam. Na smak ma wpływ atmosfera, nastrój, okolica i okoliczności, nie mówiąc już o tym, że wiele składników jest u nas nie dostępnych albo przeleżały tyle w kontenerach, że z formą wyjściową mają nie wiele wspólnego. Jednak kuchnia lubi kreację więc delikatne fusion zawsze jest mile widziane. Można próbować, bawić się, zestawiać smaki na nowo albo na wspak, dla mnie to jeden z najfajniejszych aspektów gotowania. Kojarzy mi się z malarstwem które narzuca narzędzia ale daje wolność w linii, strukturze i kolorze. Istnieje podstawowy schemat jednak dalej tworzy się już własnym torem, odkrywa uczucia, emocje i potrzeby. Reaguje na okoliczności i przetwarza te dane na nowe formy. Tak powstają najlepsze dzieła czy to kulinarne czy artystyczne. 

porcja na 4 duże michy (będzie ostro)

1 mały kalafior
1 cukinia
2 pory
2 łyżeczki green curry paste (dodawać ostrożnie, ponieważ mają różną intensywność)
2 cm korzenia imbiru
1 łyżeczka oleju sezamowego
1 l bulionu warzywnego
4 łyżki sosu sojowego
pieprz syczuański lub chilli
mleko kokosowe
2 dorodne marchewki
1/2 limonki

W dużym garze gotujemy kalafior, cukinię i pory razem z bulionem, pastą curry, imbirem, sosem sojowym i olejem. Kiedy wszystko zmięknie miksujemy na gładki krem.  Marchewki ścieramy na tarce z małymi oczkami i obficie skrapiamy sokiem z limonki. Krem przelewamy do misek, dodajemy mleko kokosowe i kulkę marchwi na środku. Chilli lub pieprz proponuję postawić na stolę ponieważ zupa sama w sobie jest ostra. Do przybrania polecam świeżą kolendrę albo mięte. 

สุขภาพ - na zdrowie :)

piątek, 22 lutego 2013

DOLCE VITA czyli kokosowa pomidorowa




























Wszystkim pomidory kojarzą się głównie z kuchnią włoską, ja najlepsze jadłam w Afryce. Cudowne były w banalnej sałatce, drobno posiekane i przyprawione tylko cebulką oraz sokiem z limonki, na Capo Verde czy w Kenii. Wyjątkowe były na ostro po kantońsku ze świeżym tofu i makaronem ryżowym w Kraju Środka i oczywiście fenomenalne we wspomnianej już Italii do Chianti Classico na jednej z toskańskich uliczek Sansepolcro.

Jednak z gotowaniem jest jak z malarstwem, gdy dotknie się jednego koloru płynnie przechodzi on w kolejny, i tak tworzą się nowe gamy, tonacje i melodie. Moją pomidorowa na kokosach to dzisiejsza improwizacja/wariacja, delikatna tęsknota za słońcem i nowy smak. Szybki, smaczny i świeży lunch, w tonacji lata i dalekich krajów, w środku zimy. Spróbujecie :).

Porcja dla dwóch osób

1 torebka /1 szklanka ugotowanej (bądź namoczonej przez noc) kaszy gryczanej

1 cm korzenia imbiru
2 małe ząbki czosnku
1 łyżeczka kolendry
1 nasionko kardamonu (opcjonalnie - bardzo mocny smak)
1 łyżka sosu sojowego
1/2 kostki wegetariańskiej
1 łyżka soku z cytryny/limonki
1/2 kubka gorącej wody

250 g soku pomidorowego bądź 3 sparzone i pokrojone pomidory

mleko kokosowe
liście natki pietruszki/kolendry lub bazylii

Wszystkie przyprawy blendujemy z gorącą wodą na gładki płyn, wlewamy do garnka i dodajemy sok pomidorowy/pomidory. Zagotowujemy i na małym ogniu mieszając gotujemy jeszcze 3 min. Na dno miski wykładamy połowę kaszy gryczanej, zalewamy zupą i dodajemy solidną łyżkę mleka kokosowego (polecam gęste), ozdabiamy świeżymi ziołami.

Smacznego!