Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imbir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imbir. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 października 2013

KORZENNY kompot


Kompot korzenny zainspirowany kolorami jesieni, kasztanami i Pendereckim. Diabły z Loudun to nowa opera w Teatrze Narodowym, kontrowersyjna, obrazoburcza, widowiskowa. Z genialną (z resztą jak zawsze) scenografią Borisa Kudićki. Charakterystyczna, mocna, dopracowana w najmiejszym detalu opowieść o szaleństwie, totalitaryźmie i płynnej granicy między dobrem, a złem. Penderecki pisał wszystkie swoje utwory kolorami, choć sam twierdził, że nie miało to żadnego wpłytu na nastrój i interpretacje nut. Kudićka operuje symbolem i formą tak, aby nie zamykać się w żadnej szufladzie, wręcz przeciwnie nagina wszystkie wizualne granice. Do tego głos, muzyka, widownia, teatr - sezon operowy otworzyłam z przytupem, co prawda na ostatnich nogach przekoszona przeziębieniem, ale naprawdę mocnym spektaklem, który gorąco polecam.

Następnego dnia zostało mi już tylko grzanie się pod kołdrą i w towarzystkie rzeczonego kompotu. Ten wytrawny, mocno korzenny napitek, postawił mnie na nogi. Przypomina smak wigilii i nostalgię podróży.

ilość na 1 litr

0,7 l wrzątku
3 dorodne jabłka
4 cm korzenia imbiru
6 goździków
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki tea masali
2 nasiona kardamonu

+ dowolny słód dla chętnych

W dużym garze zagotowujemy wodę z drobno posiekanymi jabłkami ze skórką. Dodajemy przyprawy i pod przykryciem na średnim ogniu gotujem około 15 min. Następnie umieszczamy całość w blenderze i na wysokich obrotach miksujemy około 3 minut. Tak powstały kompot przelewamy przez sitko z dużymi oczkami aby odcedzić resztki przypraw i podajemy ciepły, letni albo zimny, jak kto lubi. Ja z łyżeczką syropy klonowego wybrałam opcję na gorąco! Enjoy!

wtorek, 1 października 2013

wytrawna CZEKOLADA

Miło jest wpaść do domu, zrzucić wszystkie torby, torebki, ładunki, zakupy i wszystko co zajmuje ręcę. Miło jest wstawić czajnik na herbatę, otworzyć ulubione wino i wyciągnąć z lodówki coś bardzo dobrego, bardzo słodkiego i bardzo wyczekanego. Małe niespodzianki nawet jeżeli robimy je sobie sami są czasem potrzebne. Lubię niebanalne zestawienia, kobiety w męskich garniturach, antyki w betonowych wnętrzach i czekolade z pieprzem. Myślę, że nasze ograniczenia zaczynają się tam gdzie kończy wyobraźnia. Miałam wspaniałą prababcie, bardzo elegancą, z niewyparzonym językiem i operowym głosem. Prababcia powtarzała mi, że mogę robić co dusza zapragnie, o ile będę to robić w zgodzie ze sobą, a pradziwa dama wie jak nosić i smoking i suknie balowe, umie kantować w pokera i upiec szarlotkę. Tak babcia miała fantazję. Słabość do męskiej garderoby jak i zapachów została mi do dziś, nie mówiąc już o tym, że to dzięki niej jestem tu gdzie jestem. Prababcia nie była łatwa, bywała miła i zawsze elegancka. Nie tolerowała prostych rozwiązań, drażnił ją banał i głupota. Prababcia uwielbiała gorzką czekoladę, ten deser jest dla niej, kakao, pieprz i aronia - z klasą i delikatnie pod prąd. 

ilość na blachę 20x30 cm, około sześć porcji, czas stygnięcia minimum noc

1 szklanka mleka sojowego w proszku
2 czubate łyżki oleju kokosowego
1/4 szklanki wody
1/2 szklanki cukru trzcinowego
4 czubate łyżki gorzkiego kakao
1 słoiczek konfitury z aroni (ok 200ml)
1/2 szklanki soku z jagód lub winogron (wytrawnego)

+ twarda gruszka, pieprz lub chilli, świeży imbir

W rondlu o grubym dnie, na małym ogniu podgrzewamy mleko w proszku, kakao, cukier, olej i wodę. Mieszamy do osiągnięcia jednorodnej, gładkiej masy (nie doprowadzamy do wrzenia). Zestawiamy z ognia i dodajemy aronię oraz sok, dokładnie mieszamy i przekładamy na płytką blachę. Studzimy i umieszczamy w lodówce do stężenia minimum na 8 godzin. Serwujemy na plastrach gruszki, ze świeżo startym imbirem, chilli lub pieprzem w towarzystwie czerwonego wina. Dla mnie idealną kompozycje czekolada tworzy z Masseria Trajone Nero d'Avola.

środa, 25 września 2013

BOCZNIAKI na OSSTTTRRRROOOOO

Nieustająco chce mi się ostrego. W tym temacie zaprzyjaźniony hindus poległ twierdząc, że mam przeżarte podniebienie, pasta curry "made in Malaysia" przestała spełniać swoje zadanie, a papryczki chilli powiały nudą. Marze o pożarze na języku, chce popłakać się ze szczęścia i spocić jak szczur na równiku przy pierwszych kęsach gorącego dania. Tak jak jeszcze kilka miesięcy temu przy jedzeniu sałatki z zielonej papai kiedy to stary taj pytając mnie czy ma być ostra zdziwił się bardzo na moja odpowiedz że TAK, fundując mi tym samym jedno z najgorętszych piekieł jakie jadłam. Chcę poczuć czym są nasycone, kolorowe smaki i uparcie szukam ich w zakamarkach kuchni. Sos tabasco został moim najlepszym przyjacielem, a różnorakie warzywa i dodatki fruwają w powietrzu i skwierczą w oleju przechodząc gorącem smakiem jalapeno. Dziś boczniaki na gorąco rzecz jasna!

zjadłam sama ale spokojnie mogę z tego powstać dwie porcje
120 gr boczniaków
1 pomidor malinowy
1 cebula
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżeczka tabasco
4 łyżki sosu sojowego
4 cm imbiru
1 łyżeczka agaru

makaron ryżowy i sezam

Rozgrzewamy na patelni olej i dodajmy pokrojoną w dużą kostkę cebulę oraz porwane wzdłuż blaszek boczniaki. Podsmażamy na złoto mieszając i dodajemy sparzony pomidor. Do blendera wlewamy sos sojowy, tabasco, dwie łyżki wody i dodajemy korzeń imbiru oraz łyżeczkę agaru. Miksujemy na bardzo wysokich obrotach około 3 minut po czym wlewamy na patelnie i przykrywamy. Dusimy do momentu aż warzywa będą przyjemnie miękkie. Dodajemy obgotowany/namoczony makaron ryżowy (lub w przypadku kiedy go nie mamy pokruszony na duże kawałki papier ryżowy) i mieszamy aż zmięknie. Podajemy w miskach z pałeczkami i sezamem. Rozgrzewa, syci i przyjemnie pali w język! Karamba!

wtorek, 17 września 2013

krem MARCHEWKOWY i FIGA

Nieustająco pada więc nie pozostało mi nic innego jak przenieść słońce na talerz. Żywe barwy i soczyste smaki to podstawa przetrwania pierwszej fali jesiennej szarości. W ferworze różnych zdarzeń krem pachnący imbirem daje kopa do działania. Świeże figi dopełniają całość, a orientalne dodatki budują wielowątkowe historie. Zaczęłam się uczyć rosyjskiego, wypchnęłam Samuraia w pierwszy teren i sędziowałam na off roadzie. Przygotowania do drogi idą pełną parą. Aby było śmieszniej wszyscy wokół służą radą, upominają, uczą i zachęcają do przekraczania własnych granic. Tylko w tym całym ferworze wrażeń brakuje czasu na gotowanie. Ostatnio moja doba rozciągnęła się niczym guma do majtek i już nie wykazuje  większej elastyczności, a mi cały czas marzą się jeszcze wieczorne czary w kuchni. Wczoraj późną nocą nasączyłam dom kolorem i zapachem. Polecam, bo dziś wczorajszy krem dał mi to dużo radości, mimo iż pity w samochodzie z termosu.

ilość na litr zupy
6 marchewek
1 pomarańcza
3 cm korzenia imbiru
2 kubki wrzątku
200 ml mleka kokosowego
4 łyżki sosu sojowego
1 łyżka oleju kokosowego
1/2 łyżeczki pasty czerwonego curry

+ świeża kolendra i figi

Około 15 minut gotujemy posiekaną w kostkę marchewkę z dwoma kubkami wrzątku, sosem sojowym, olejem i imbirem. Kiedy marchewka zmięknie zestawiamy garnek z ognia. W blenderze miksujemy na gładki płyn pomarańcz, mleko kokosowe, curry, kolendrę (ilość wedle uznania) oraz imbir z zupy. Zawartość blendera przelewamy do garnka z marchewką i miksujemy na gładki krem. Podajemy w salaterkach z wkrojoną świeżą figą i pałaszujemy do syta. Smacznego!

środa, 4 września 2013

obiecana kOnFiTuRa JAGODOWA

Przy cieście gryczanym pisałam o mocno korzennej konfiturze jagodowej, esencjonalnej, lekko wytrawnej, imbirowej. Takiej co może być dodatkiem do słonego i słodkiego. Przywodzącej na myśl zapach lasu w duszny czerwcowy  wieczór i wilgotny sierpniowy poranek. Jagody przyjechały z Suwalszczyzny, mokre, jędrne i w dużych ilościach. Ku mojej wielkiej radości praca nad konfiturą okazała się nader niewymagająca. Właściwie ogranicza się do cierpliwości i sporadycznego przemieszania całej zawartości garnka, bonusem jest wspaniały zapach utrzymujący się w domu jeszcze przez kilka dni. Przyznaje, że było to moje pierwsze podejście do przetworów i na wszelki wypadek zrobiłam tylko cztery słoiczki czego szczerze żałuję i za rok obiecuje poprawę. Ponieważ po trzech tygodniach wykańczam ostatni zalążek lata, a jesień dopiero się z nami wita. Konfiturę dodaję do owsianki, bułeczek drożdżowych (na które przepis jutro), naleśników, używam jako bazy do sosów i zup, jednym słowem wedle fantazji. Dziś przy studiowaniu prac Marii Jaremy Jaremianki stanowiła temat przewodni śniadania.

ilość na cztery 200 ml słoiki

3/4 kg jagód
5 łyżek cukru trzcinowego
2 łyżki cukru muscovado
1 czubata łyżeczka chai masali
4 cm korzenia imbiru
1/4 kubka wrzątku

Jagody płuczemy, oczyszczamy z listków i igieł, przekładamy do garnka, zalewamy wodą i na dużym ogniu doprowadzamy do wrzenia często mieszając. Dodajemy resztę składników, zmniejszamy ogień do minimum i przykrywamy. Gotujemy około czterech godzin, mieszając mniej więcej co 20 minut. W między czasie wygotowujemy i osuszmy słoiki. Kiedy konfitura nabierze spójnej całości połowę przekładamy do blendera i miksujemy minutę na wysokich obrotach, mieszamy tak powstały mus z resztą zawartości garnka (osiągamy spójną konsystencją ale z wyczuwalnymi całymi owocami) i wypełniamy słoiczki które po zakręceniu stawiamy do góry dnem. Po ostygnięciu i wciągnięciu się pokrywki możemy przechowywać konfiturę w lodówce albo na półce w spiżarni. Smacznego!

poniedziałek, 1 lipca 2013

lekkie śniadanie / KLEIK OWOCOWY



Są dni które wymagają bardzo lekkiego śniadania, ponieważ poranny trening nie bardzo współgra z pełnym żołądkiem. Nie zależnie od tego czy jest to joga, bieg czy medytacja, czasem zjeść coś trzeba. A zdarza się też tak, że  symfonia dźwięków dobiegających z naszego wnętrza powoduje, że skupiamy się na tym co byśmy zjedli, a nie na tym co robimy. Ostatni weekend spędziłam na fantastycznym festiwalu jogi i zdrowego stylu życia w Sopocie. Odkryłam genialną acro jogę czyli współpracę z partnerem, pokazałam koleżance ashtangę, robiłyśmy vegan life cooking i schodziłam kilometry po plaży. Standardowo wstawałam o świcie,  czyli za wcześnie na odpuszczenie sobie śniadania (praktyka zaczynała się o 11), ale za późno na standardowy posiłek.  Z drugiej strony post do 13 mi się nie uśmiechał :). Kleik ryżowy jest stałą pozycją w moim jadłospisie. Działa rozgrzewająco, jest lekko strawny, neutralny i szybki w realizacji. Łatwo można go też zabrać ze sobą, wiec przy nomadycznym stylu życia sprawdza się idealnie. Robi za śniadaniową bazę i rozwiązuje częste problemy z cyklu - czym nakarmić wegankę. Kleik może się kojarzyć z dzieciństwem i archaicznym acz bardzo skuteczny sposobem na leczenie problemów z żołądkiem, w wersji z dodatki jest super smacznym, super lekkim i świetnym pomysł na początek (lub koniec) dnia. ENJOY!

ilość na jedną porcję

1 kubek wody lub mleka roślinnego
4 łyżki kleiku ryżowego 
małe jabłko lub 1 filiżanka dowolnych owoców

opcjonalnie i jak kto lubi

1 łyżka słodu (syrop z agawy lub syrop klonowy)
1/2 łyżeczki cynamony
szczypta imbiru
2 łyżki ziaren / drobno posiekanych orzechów / bakalii

Zagotowujmy wodę/mleko razem z drobno posiekanym jabłkiem (lub innymi owocami) i przyprawami. Następnie wsypujemy kleik, cały czas mieszając gotujemy 2 minuty aż zgęstnieje. Przekładamy do miski i dodajemy ulubione/dostępne dodatki i słód. Smacznego i owocnego treningu :)

PS. Kleik w komplecie z reliefami świątyni Angkoru w Kambodży - medytowałam przed nimi długie godziny, od świty do zmierzchu przez trzy dni. Magiczne miejsce, o ile poświęci mu się trochę czasu i chęci. Po za utartymi szlakami i głównymi Watami można znaleźć perełki.

środa, 5 czerwca 2013

orzeźwiający ARBUZOWY koktajl

Pogoda nas nie rozpieszcza, ale sezon owocowy w pełni. Są już arbuzy, ananasy i truskawki, a mięta na parapecie rośnie w najlepsze. Dziś lekki koktajl na upał: chłodzący, orzeźwiający, letni. Super po dużym wysiłku fizycznym (wersja ze szczyptą soli morskiej) lub jako uzupełnienie lunchu. Arbuzy to dla mnie smak Kirgistanu, gdzie australijscy znajomi nauczyli mnie jeść je niezależnie od pory dnia i nocy, oraz fazy zmęczenia. Były ogromne i bardzo soczyste. Stanowiły najlepszą nagrodę za 500 km marszu pokonane w Tadżykistanie. Za to w Japonii dostępne są w wersji mini dla singli - genialne podczas podróżowania samemu. W Polsce są dla mnie symbolem wakacji i tańczenia na plaży do białego rana. Niezależnie od konfiguracja na sam ich widok cieszy mi się twarz. Niezastąpiona baza dla koktajli i świetny 'schładzacz' na upały.

ilość na 4 szklanki

1/3 ananasa
1/3 dużego arbuza
1/2 świeżego ogórka
10 listków mięty
2 cm imbiru
0,5 l wody

+ dla wielbicieli słodkości 2 łyżki syropu z agawy

Wszystkie składniki miksujemy i pijemy do dna. W lodówce może stać ok 5h, wystarczy go wymieszać przed rozlaniem do szklanek ponieważ może się rozwarstwić. Schłodzony jest naprawdę dobry - używam owoców które przez noc leżakowały w lodówce, zawsze można też dodać lód.

ARBUZ - po japońsku SUIKA スイカ - po rosyjsku ARBUZ арбуз

wtorek, 4 czerwca 2013

dalekowschodnia BROKUŁOWA

Zawsze pilnowałam, aby czytać jedną książkę w danym momencie. Uważałam, że przy większej ilości, nie skupiam się na żadnej z czytanych pozycji i jest to po prostu bez sensu. Aż w czwartek rano obudziłam się z jedną książką na brzuchu, drugą obok głowy, a trzecia na stoliku nocnym. Wszystkie trzy aktualnie w użyciu, z notatnikami i znacznikami obok gotowymi w każdej chwili do pomocy. Oczywiście mogę się wytłumaczyć, że jedna jest stricte naukowa i czytanie jej longiem przerasta moje możliwości intelektualne (co zresztą nie jest prawdą, bo pięć lat temu przeczytałam ją w dwie noce). Druga składa się z esejów o fotografii i ewidentnie wymaga przerywników, bo przeczytanie stu pod rząd jest nudne, a trzecia jest o Azji Środkowej, rewelacyjna, prawdziwa i świetnie napisana. I tak oto trzy pozycje, pochłaniane z trzech zupełnie różnych powodów zajęły miejsce w moim łóżku, głowie i czasoprzestrzeni. Złapałam się już na tym że czytam nie tylko w środkach transportu, ale także gotując czy jedząc. Tak więc w ten święty wolny czwartek wstałam, zrobiłam co miałam do zrobienia i zabrałam się za czytanie z gotowaniem albo gotowanie z czytaniem. Wyszłam dalekowschodnia brokułowa z biblioteką z pewnego pięknego domu Mandaryńskiego Kupca z Georgetown w Malezji.

ilość na 4 porcje

1 mały brokuł
1/2 kubka kaszy jaglanej
1l gorącej wody
1 kostka warzywna
4 ząbki czosnku
4 cm imbiru
8 łyżek sosu sojowego
1/2 cytryny
1 łyżeczka brązowego cukru
szczypta chilli

+ kolendra / orzeszki ziemne / tofu / mleko kokosowe

W dużym garnku doprowadzamy do wrzenia wodę z kostką warzywną, drobno posiekanym czosnkiem, startym imbirem, połową sosu sojowego i chilli. Dodajemy kaszę jaglaną i pod przykryciem gotujemy na średnim ogniu ok 10 min. Gdy kasza zaczyna dochodzić, dorzucamy drobno posiekany brokuł, sok z cytryny, cukier i resztę sosu sojowego (można dodać naturalne tofu w dużych kostkach) i gotujemy jeszcze 3-4 min, tak aby brokuł zmiękł, ale się nie rozgotował. Rozlewamy zupę do misek, posypujemy prażonymi orzechami ziemnymi i kolendra albo szczypiorem, można również dodać łyżkę mleka kokosowego. 

Niezależnie co czytacie i ile tego macie pod ręką - miłej lektury i smacznego!

środa, 22 maja 2013

chłodnik DYNIOWY

Dostałam przedziwny prezent jak na tą porę roku - pół świeżej, soczystej, wielkiej dyni. Nie wiem gdzie przeleżakowała do maja i jakim cudem zgubiła się w przestrzeni, ale jej kolor, zapach i smak dał mi kopa energetycznego na cały dzień. Późna wiosna nie jest czasem gęstych kremowych zup przyprawionych curry, gałką, goździkami czy anyżem, ale już chłodnik na pomarańczach brzmiał idealnie. Prosty przepis,  orzeźwiający smak i uzależniający kolor to wszystko co jest mi potrzebne do szczęścia w kuchni. Jeśli gdzieś znajdziecie takie skarby (albo ktoś was nimi obdaruje) to bawcie się i twórzcie do woli - gwarantuje to czysta radość. 

Dla mnie pomarańcz w tym sezonie to kolor spełnianych marzeń, robię prawo jazdy na motocykl i powoli przymierzam się do kupienia pierwszego jednośladu właśnie z pod pomarańczowej bandery. Przy okazji projektuje też nadruk na kask. Chłopcy którzy mnie uczą, nakładli mi do głowy, że na drodze bądź w lesie mam "walić po oczach". Dla fanki jedynej słusznej barwy jaką jest czerń we wszystkich swoich odcieniach to spore wyzwanie, ale pokornie usiadłam, pokombinowałam i wyszedł mi WIDOCZNY patern różowo-pomarańczowy,  "kobieco" pomyślałam, no i z czarno-pomarańczowym motocyklem da radę :).

ilość na 4 porcje

1/4 dyni
3 ząbki czosnku
2 pomarańcze
1/3 kubka wody
4 cm imbiru
1 łyżka soli morskiej
2 łyżki siemienia lnianego lub sezamu
pieprz
świeża bazylia
4 łyżki mleka kokosowego

Dynie kroimy w drobną kostkę, razem z czosnkiem i wodą dusimy pod przykryciem na małym ogniu aż zmięknie. Następnie bierzemy wysoki dzbanek przekładamy dynię, dodajemy sok z pomarańczy, imbir i miksujemy na gładki krem. Na patelni prażymy sól z siemieniem albo sezamem. Nakładamy zupę do misek, posypujemy solą z ziarnami, wkrajemy bazylię, pieprzymy i dodajemy łyżkę schłodzonego mleka kokosowego. Smacznego!

wtorek, 21 maja 2013

koktajl ZIELONO MI

Mieszkam teraz blisko parku mojego dzieciństwa, gdzie znam każde drzewo, ścieżkę i polanę. Lubię to miejsce, choć mam wrażenie, że cofnęłam się w czasie. Bliskość takiej ilości drzew zmobilizowała mnie do porannego biegania. Około 6 las jest pusty, rześki i bardzo zielony. Słońce przebija przez pokryte rosą liście tworząc niesamowite arabeski świateł i cienia. Dawno nie czułam takiej radości ze zmęczenia, choć po pierwszym razie przypomniałam sobie o mięśniach których istnienie umknęło mojej pamięci. Zwolniłam tempo i skupiłam się na oddechu. Przypominając sobie długie biegi po bezludnych plażach Capo Verde czy Kambodżańskim Wybrzeżu. Szum morza zastąpił ptasi koncert na setki głosów ale przyjemność pozostała ta sama. Kiedy już zaczynam obierać kierunek powrotny na dom kreuje w głowie nowe śniadaniowe wariacje. Ten koktajl oddaje kolor zieleni który towarzyszy mi rano i smakuje tak, że jestem w stanie pochłonąć każdą ilość - aktualnie to faworyt w mojej prywatnej klasyfikacji.

ilość na jedną dużą porcję

1/3 świeżego ananasa
1/2 awokado
4 suszone figi
1 łyżeczka matchy*
2 cm imbiru
mleko roślinne albo woda (ilość w zależności od upodobań)

Wszystkie składniki miksujemy razem na gładki krem, dla mnie perfekcyjny jest w postaci gęstego musu/puddingu który je się łyżką. 

* Matcha to japońska, sproszkowana zielona herbata używana w ceremonii picia herbaty CHA-NO-YU. Matcha wspomaga metabolizm, redukuje stres, wspiera układ odpornościowy, obniża cholesterol i ryzyko wystąpienia nowotworów. Jest bardzo bogatym źródłem antyoksydantów. Można ją kupić w Kuchniach Świata oraz na allegro.

czwartek, 9 maja 2013

śniadanie JOGINKI

Maj to dla mnie miesiąc wyjazdów, rozjazdów i przejazdów. Wczoraj śmiałam się że jedni chodzą do biura, a ja chodzę do Polskiego Busa. Spanie, projektowanie i nadrabianie zaległości opanowałam w tym wehikule do perfekcji. Ostanie i najbliższe dni wyglądają podobnie, o świcie pedałuje na drugą stronę Wisły jogować. Po drodze obserwuję budzącą się do życia Warszawę z zupełnie innej perspektywy. Potem "wrzucam na ruszt" śniadanie i ruszam w miejski maraton albo w trasę. Bidon i jego zawartość to dla mnie akumulatory, więc przyznaje się bez bicia, że o tej 5.55 rano bez zażenowania włączam blender i robię sobie dobrze, a sąsiadom robię za budzik. Dziś wersja zielona w pakiecie z Mostem Gdańskim, który w moim odczuciu jest jednym z bardziej wdzięcznych obiektów architektonicznych stolicy. Piękne modernistyczne ślimaki schodów, drewniane podłoża trakcji tramwajowej i ażury stalowej konstrukcji - czysty industrial w najlepszym wydaniu. Polecam jako temat fotograficzny albo cel spaceru, to miejsce ma swoją magię. Tym czasem pędzę w miasto.

porcja na 3/4 l

2 garści świeżego szpinaku
2 łyżki płatków
1 łyżka siemienia lnianego
1 jabłko
garść rodzynek
1/4 cytryny
2 cm imbiru
1 szklanka wody

Wszystko razem miksujemy na gładki płyn, można pić od razu, można wsiąść ze sobą. Go Green!

środa, 24 kwietnia 2013

LAO koktajl TRUSKAWKOWY

Śniadanie nad morzem - truskawki już są, melon też gdzieś się znalazł. Smak lata, słońca i wakacji. Duży kubek radości i uśmiechu. Laos kojarzyć mi się będzie z koktajlami już zawsze, tymi zasłużonymi po całym dniu zwiedzania i tymi leniwymi z twarzą wystawioną do słońca. Zawsze w doborowym towarzystwie i z ciekawą historią w tle. Dziś na chwile przed walką z kanałami, strumieniami i internetem - przygotowania do wystawy idą pełną parą. Taki sobie różowy początek dnia, a w tle historie buddyjskie na jednej z Laotańskich Świątyń Buddyjskim w Luang Prabang, cudownie kolorowe, proste, szczere i magiczne. "Owocowego" dnia życzę wszystkim :)

ilość na 1 duży kubek ok 0.5 l

1 banan
8 truskawek
1/4 melona
2 łyżki płatków np. żytnich
1 cm imbiru
1 szklanka wody kokosowej albo mleka roślinnego

Wszystko razem do miksera i na ok 2 min na wysokie obroty. Do dna i w drogę.

piątek, 5 kwietnia 2013

LAO morning cocktail



Najlepsze koktajle na świecie są w Luang Prabang w Laosie. Ilość opcji jest niewyczerpana. Od mocno egzotycznych dragon frutów, passiflory czy liczi, po nutellę, ciasteczka oreo lub kakao, na mięcie, imbirze i limonce kończąc. Oczywiście banalne banany albo ananasy są w stałej ofercie. Smoothies serwowane są w dużych kubkach, przegotowywane na bazie lodu, mleka, jogurtu albo wody kokosowej. Dodatków bez liku, tak, że trudno powtórzyć po raz drugi tą samą kompozycję. Dostępne są na każdej ulicy, na śniadanie, obiad i kolacje. Zastrzyk witamin od czubka głowy po pięty. W podróży cudowna odmiana od chińskich zupek, liofilizatów i dań z woka o  nieokreślonym pochodzeniu. W domu pomysł na poranny posiłek, szczególnie, że pora o której wstaje wymaga włączania światła. Mam słabość do wczesnych ranków, ostatnich momentów ciszy, opadającej mgły i przebudzenia. Lubię ten spokój i jasność pojawiającą się na horyzoncie. Dla mnie to najlepsza pora do pracy i ćwiczeń, choć to wymaga powera. Tak więc włączam blender, produkuję trochę słonecznej energii co by starczyła przynajmniej na pół dnia i piję do dna :)

ilość na 0,7 l

1/2 ananasa
1 banan
2 łyżki płatków żytnich
1 łyżka siemienia lnianego
1 cm korzenia imbiru
1 łyżeczka soku z cytryny/limonki
1/2 łyżeczki cynamony
kubek wody albo wody kokosowej

Wszystko pakujemy do blendera i miksujemy ok 3 min.
(jeśli z rana potrzebujecie dodatkowego cukru to polecam łyżkę miodu albo syropu klonowego)

wtorek, 2 kwietnia 2013

galaretka ANANAS + IMBIR

Śnieg trzyma się nas mocno, biała pierzyna przykryła miasto i okolice po raz kolejny, las wygląda bajecznie, stryktury i rytmy drzew tworzą abstrakcyjne mozaiki. Kilka dni spokoju, kilka dni na powietrzu. Anomalia która wizualnie zachwyca choć wszyscy już tęsknią do słońca. Małe miseczki pełne żółtego czaru, owoce z daleka z egzotyczną nutą. Rozgrzewają dosłownie i w przenośni, twarz śmieje się od samego patrzenia. Trzeba sobie radzić niezależnie od kaprysów świata :)

porcja na 5 salaterek

1/2 ananasa
4 cm korzenia imbiru
2 łyżeczki miodu (jeżeli lubicie słodycze spokojnie możecie dodać drugie tyle)
1/2 łyżeczki tea masali
1 łyżeczka soku z cytryny lub limonki
0.8l ciepłej wody
1 łyżka agaru

Połowę ananasa krojami w drobną kostkę i rozkładamy do 5 salaterek. Drugą część miksujemy w garnku razem z imbirem, miodem, limonką/cytryną, tea masalą i wodą. Na wolnym ogniu wszystko podgrzewamy aż do zagotowania, następnie zestawiamy z ognia i powoli dodajemy agar cały czas mieszając.Po uzyskaniu jednolitego płynu zalewamy zawartość salaterek, pozostawiamy do zestalenia i ostygnięcia. Można przybrać migdałami albo kandyzowanym imbirem.

सूरज - surya czyli słońce