Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natka pietruszki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natka pietruszki. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 września 2013

kurki KLASYCZNE

Pada, a co za tym idzie grzybów wysyp będzie ciąg dalszy. Dziś banalny przepis dla leniwych lub zabieganych. Danie praktycznie jednogarnkowe, o ile pójdzie się na pewne ustępstwa. Do zrealizowania wszędzie, ponieważ przy odrobinie dobrych chęci kuchnia polowa też się nada. W pakiecie z Bieszczadami, za którymi tęsknie i w które już niebawem planuje wyruszyć. Ponieważ najlepszy okres na te najbardziej dzikie polskie góry dopiero przed nami. Bieszczady jesienią to pozycja obowiązkowa, i choć droga długa to cel wart jest tych kilku godzin spędzonych za kółkiem. Przestrzeń, kolory, ludzie i opowieści są tu nie do podrobienia. Polecam i kurki i Bieszczady, a najlepiej razem. 

ilość na trzy porcje
2/3 opakowania makaronu bucatini (bardzo grube spaghetti z dziurką w środku)
300 gr kurek
1 1/2 cebuli cukrowej
1/2 pęczka natki pietruszki
1 łyżeczka soli morskiej
1 łyżeczka świeżego pieprzu
1/2 kieliszka białego wina

+ oliwa i oliwa truflowa

Makaron gotujemy al dente, w mocno osolonej wodzie z dodatkiem łyżki oliwy truflowej (wiem, że to dla niektórych herezja :) ale daje świetny posmak). Na patelni smażymy na złoto drobno posiekaną cebule z solą i pieprzem. Następnie dodajemy umyte kurki, przesmażamy i dusimy z dodatkiem białego wina. Kiedy grzyby zmiękną i puszczą sok, połowę zawartości patelni przekładamy do blendera i miksujemy okoły 4 minut do uzyskania puszystego sosu. Mieszamy zawartość blendera z zawartością patelni, na talerzach rozkładamy makaron i dodajemy sos który następnie suto posypujemy pietruszką. Podajemy niezwłocznie aby nie wystygło, najlepiej w towarzystwie białego wina, szczególnie doba kompozycja powstaje z lekkim pinot blanco. Szybko, lekko i smacznie!

fot. Jakub Czajkowski

czwartek, 29 sierpnia 2013

zielona TARTA z KALAFIOREM

Wstałam i zastanawiam się co by tu zmajstrować. Biegać chwilowo nie mogę, joga też mi jakoś wyjątkowo nie służy, nadprogramowy przydział energii wychodzi mi uszami. Powinnam go spożytkować w ruchu ale moje ciało z trudem wykonuje proste czynności, cały czas dobitnie wypominając mi ostatnie warsztaty taneczne, które tak nieświadomie mu zafundowałam. Tak więc od rana krzątam się po kuchni, bo ileż można odpisywać na maile i udawać, że się pracuje. Szybki przegląd lodówki, składniki na blat i do dzieła. Kolor powstałego quiche mi samej zaimponował, a smak okazał się naprawdę warty grzechu porzucenia na jeden dzień owsianki na rzecz świeżej zdecydowanie lunchowej tarty.

W ramach inspiracji kolejna rzeźba z Poznania tym razem gips Adam Graczyka pod tytułem Cień II z 1983 r. Praca odwołująca się idei formy ukrytej w materiale/tworzywie, którą należy jedynie odsłonić, ukazując światu. Taka koncepcja rzeźbiarska znana jest od antyku, poprzez prace Michała Anioła na naszej rodzimej genialnej Alinie Szapocznikow kończąc. Polecam i pracę, i taki pogląd na rzeźbę.

ilość na blachę 20x30 cm, pieczemy 40 min, termoobieg na 200 st C

ciasto:
1 kubek ugotowanej kaszy jęczmiennej (w moim przypadku wczorajsza)
1/3 puszki mleka kokosowego
1/2 kubka oleju kokosowego lub np. z suszonych pomidorów (dał bardzo fajny posmak)
1 kubek mąki z ciecierzycy
1 łyżka tahini
1 łyżeczka soli morskiej
1 łyżeczka proszku do pieczenia

+ olej i otręby do wysmarowania i obsypania blachy

wkład:
1/2 niewielkiego kalafiora

1/2 kostki tofu (ok 100 gr)
1 ogórek gruntowy
1/2 pęczka natki pietruszki
2 ząbki czosnku
1 łyżeczka kminu indyjskiego
1 łyżeczka ostrej masali
1 łyżeczka soli morskiej
1/3 puszki mleka kokosowego

W blenderze miksujemy ugotowaną kaszę z mlekiem, olejem, tahihi i solą. Po około 3 minutach przekładamy gęstą, gładką masę do miski, dodajemy mąkę i proszek do pieczenia. Mieszamy drewnianą łyżką do momentu uzyskania zwięzłego ciasta. Blaszkę smarujemy olejem i obsypujemy otrębami, następnie wyklejamy ciastem tak aby powstał mniej więcej 2 cm rant. Kalafiora kroimy na drobne kawałki i wsypujemy na ciasto. W blenderze umieszczamy resztę składników i miksujemy ok 3-4 minut do uzyskania puszystego, gęstego sosu. Jeżeli będzie się ciężko miksować można dodać kilka łyżek wody. Całą zawartość blendera równomiernie wylewamy na ciasto, przykrywając grubym kożuchem kawałki kalafiora. Blachę wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy około 40 min. Smacznego!

wtorek, 6 sierpnia 2013

ZIELONY chłodnik

Poprzedni weekend był trudny, poskładało mnie choróbsko i najpierw nie maiłam ochoty jeść w ogóle a potem miałam smaki na różne dziwactwa. Było słodko-słono, czerwono, zielono i warzywnie z czekoladą. Szalałam w amoku gorączki, a aby się schłodzić wymyśliłam zielony chłodnik. Wyszedł lekko, sycąco i w bajecznym kolorze. W sam raz aby stanąć na nogi. ENJOY

ilość na 3-4 porcje

1 cukinia
1//2 brokuła
1 kostka warzywna
4 ząbki czosnku
1 ogórek gruntowy
1/2 pęczka pietruszki
1/2 litra wody
1/2 łyżeczki soli morskiej
łyżeczka soku z cytryny


wegański majonez

kiełki słonecznika

Cukinię i brokuł kroimy w kostkę. Zagotowujemy wodę z czosnkiem i kostką warzywną, dodajemy warzywa i na średnim ogniu gotujemy około 7-10 minut, tak aby zachować intensywny kolor warzyw ale również ich smak. Zestawiamy garnek z ognia i studzimy do temperatury pokojowej. Przekładamy całość do blendera, dodajemy pietruszkę, ogórka, sól, sok z cytryny i miksujemy ok 3 minut na wysokich obrotach do uzyskania gładkiej zupy krem. Nakładamy na talerze dodając do każdej porcji solidną łyżkę wegańskiego majonezu oraz kiełki. W przypadku tak drastycznych upałów jak ostatnio polecam dorzucić kilka kostek lodu. Smacznego!

poniedziałek, 29 lipca 2013

LETNI makaron

Jest ciepło, dla jednych to czysta rozkosz dla innych przekleństwo. Jeść chce się średnio, najchętniej w cieniu i w temperaturze co najwyżej pokojowej. Chłodniki, sałaty i przekąski to najchętniej spożywane dania, nie wspominając oczywiście o lodach, sorbetach i koktajlach. Znam takich co z okazji przekroczenia przez słupek rtęci magicznej granicy 30 st. C dali by się za hibernować w zamrażalniku. Co dziwne tą temperaturę świetnie znoszą komary, a mój wczorajszy spacer po lesie zakończył się plagą bąbli rozmaitej wielości i w przedziwnych miejscach. Letni makaron jest letni, z domowym pietruszkowo-oliwkowym pesto i świeżymi warzywami. Serwowany w afrykańskiej misce, która w końcu doczekała się debiutu.  W towarzystwie Courtney Love, która była jedną z bohaterek mojego cyklu Idolki. Courtney jako gwiazda feministycznego grania była dla niektórych boginią, choć ja ją tylko lubiłam słuchać,  moja przyjaciółka do dziś jest wierną fanką jej stylu i ciętego języka. Mnie ujęła stwierdzeniem, że "tylko idioci są szczęśliwymi ludźmi" tak bardzo, że namalowałam ją razem z cytatem.

ilość na dwie porcje

1/2 320 g słoika oliwek toskańskich (w zalewie z oleju roślinnego)
1/2 pęczka pietruszki
1 ząbek czosnku

6 rzodkiewek
2 małe ogórki gruntowe
2 łyżki słonecznika

1 kubek makaronu

Makaron gotujemy do miękkości w osolonej wodzie. W wysokim naczyniu miksujemy oliwki, pietruszkę i czosnek na gładką masę, w razie potrzeby dodajemy pieprz lub sól. Tak przygotowane pesto mieszamy z makaronem i dzielimy na dwie porcję. Proponuję serwować w głębokich talerzach lub miskach. Dodajemy posiekaną w kostkę rzodkiewkę oraz ogórek, wszystko posypujemy słonecznikiem. Miłego letniego chrupania w cieniu parasola - sugeruję mrożoną herbatę lub lemoniadę do towarzystwa.

czwartek, 18 lipca 2013

zawijasy z NORI

Właściwie zawijasy z nori stanowią 80% moich posiłków minimów od 3 tygodni, mam nieustający apetyt na glony z wkładką i tu fantazja staje się bardzo przydatna. Za każdym razem wygląda to podobnie, otwieram lodówkę i patrze -  ooo są rzodkiewki, sałata, tofu i ryż, albo - hmmm może dziś sos musztardowy, kalarepa i makaron gryczany, a do tego kawałek marchewki i awokado. Kombinacji i konstelacji jest tyle co gwiazd na niebie, nie mówią już o formie podania. Zawijałam nori w rulony, składałam jak swojskie krokiety albo robiłam rożek. Zawsze tak aby wygodnie chwycić zawijasa w dłoń i bezczelnie delektować się jedzeniem już na poziomie palców. Ważne są też sosy, świetnie sprawdził się vegan majonez do wersji łagodnej, zmiksowane silent tofu z wasabi i kilkoma kroplami limonki do wersji japońskiej, ostry na bazie sosu sojowego i chilli na pikantnie czy musztardowy do fusion. Wczoraj zaszalałam nawet z wersją "italy east" w postaci suszonych pomidorów i roszponki. Przy okazji danie można zrobić całkowicie w wersji RAW co przy upałach albo wieczorową porą jest dużą zaletą. Zawinąć można praktycznie wszystko, a nori to niezaprzeczalne bogactwo morza pełne witamin i minerałów.

6 zawijasów ze zdjęcia

3 płatki nori
2 pęczki makaronu gryczanego
1 marchewka
1/4 awokado
1/4 kalarepy
1/4 kostki wędzonego tofu (ok 50g)

+ pietruszka/szczypiorek/mięta

Na desce układamy płatek nori chropowatą stroną do góry, nakładamy 1/3 ugotowanego (w osolonej wodzie do miękkości) makaronu, marchewkę i kalarepę pokrojoną w słupki oraz kawałki awokado, do tego zioła i wybrany sos. Wszystko zwijamy w rulon za pomocą maty do sushi albo dłońmi tak jak naleśniki (każda inna opcja jest mile widziana). Następnie powtarzamy tą samą czynność na kolejnych płatkach nori, które ostrym nożem kroimy na pół, podajemy z sosem sojowym oraz tym czego dusza zapragnie.

wtorek, 25 czerwca 2013

WŁOSKIE GOŁĄBKI


Przy okazji porządków w rodzinnym archiwum fotograficznym wygrzebałam kilka pięknych zdjęć gołębi, a ponieważ ostatnimi czasu zawzięłam się na odczarowywanie "polskiej kuchni stołówkowej" gołąbki poszły/poleciały na kuchenny warsztat. Myślę, że jest to danie niepodważalnie warte grzechu, ale proponuje jako zajęcia praktyczno-techniczne na weekend, ponieważ w tygodniu mogą się skończyć grubo po północy. Jak by na to nie patrzeć gołąbki wymagają czasu, ale w zamian są łatwe w przechowywaniu i "dojrzewające" w smaku, więc na następny dzień nadal cieszą. Ilość z główki kapusty wychodzi na pułk wojska, tak więc z powodzeniem można obdarować rodzinę i dokarmić przyjaciół. Ponieważ kapusta właśnie święci młodzieńcze tryumfy, jest jędrna i zielona pozwoliłam sobie ją jedynie sparzyć aby łatwo się zawijała i nadal przyjemnie chrupała w ustach. Jak zawsze najlepsze na świeżo, ale na zimno dla wieczornych głodomorów też dawały radę. Wersja odświeżona włosko-polska.

ile ich wyszło nie pamiętam - ale kilka paszcz nakarmić do syta się udało 

1 kubek suszonych podgrzybków lub prawdziwków
1 kubek kaszy jaglanej
16 suszonych pomidorów
1 1/2 cebuli
1/2 pęczka pietruszki 
1 kostka wegetariańska
2 łyżki oleju z suszonych pomidorów
2 łyżki ziół prowansalskich
sól morska + świeżo mielony pieprz

wędzony sos

400 ml soku pomidorowego
1/2 łyżeczki wędzonej papryki
sól morska + świeżo mielony pieprz

Grzyby moczymy przez noc i gotujemy ok 20 min w 1 1/2 kubka wody razem z kostką. Odcedzamy i kroimy, a pozostały bulion dodajmy do gotowania kaszy. Kaszę gotujemy na wolnym ogniu w osolonej wodzie w stosunku 1:2 (+ bulion), pozostawiamy pod przykryciem, aż wchłonie całą wodę. Cebulę i pomidory siekamy drobno i podsmażamy na oleju razem z ziołami, sola i pieprzem (ok 1/2 łyżeczki soli i 1 łyżeczka pieprzu). W dużej misce mieszamy kaszę, zawartość patelni oraz pietruszkę, w razie potrzeby doprawiamy. Kapustę parzymy i dzielimy na liście (ewentualnie można krótko obgotować). Do każdego liścia nakładamy mniej więcej dwie łyżki farszu i zawijamy jak krokiety. Odkładamy na talerz albo blaszkę (jeśli planujemy odgrzewać w późniejszym terminie polecam piekarnik). Na patelnię po pomidorach i cebuli wlewamy sok pomidorowy, dodajemy paprykę, sól i pieprz i na bardzo wolnym ogniu odparowujemy ok 15 min. Podajemy w osobnej miseczce. Przyjemnego ucztowania :)

środa, 19 czerwca 2013

migdałowy TWAROŻEK + szpinak/rzodkiewka

Masajowie to rdzenni mieszkańcy południowo wschodniej Afryki. Zachowali swój półkoczowniczy tryb życia, kulturę i zwyczaje. Posługują się językiem Maa, oraz noszą ubrania tworzone z chust o charakterystycznych ostrych kolorach na bazie czerwieni. Masajskie chusty są żywe i energetyzujące, kojarzą się ze słońcem, dźwiękiem bębnów niesionych przez wiatr oraz zapachem dymu z paleniska. Z kenijskiej wyprawy przywiozłam taką chustę, która właśnie zagościła na tarasie. Przykryła stary materac tworząc rodzaj otomany idealnej na poranne pikniki/śniadania, bez wychodzenia z domu. Jej kolor tak mnie nastroił, że w pobliskim warzywniaku zaczęłam szukać składników o zbliżonych barwach do skomponowania śniadania. Rzodkiewka jest teraz świeża, soczysta i aż się prosi o twarożek, a ponieważ mleko migdałowe robię sama, szybko zaświtała mi myśl o twarożku z tą czerwoną bulwą - najcudowniejszym letnim śniadaniu pod słońcem, a nawet na słońcu. A zatem w biały dzień, do tego pracujący, prosto po jodze zrobiłam ów twarożek, dodałam co trzeba i razem z laptopem (co by jednak odrobić pańszczyznę) udałam się na balkonowy piknik. 

ilość na dwie porcje i pół litra mleka

1 kubek migdałów namoczonych przez noc
2 kubki wody
1/2 pęczka pietruszki
1/4 awokado
1 ząbek czosnku
2 łyżki oliwy
sól morska + świeży pieprz

2 garści szpinaku
1 pęczek rzodkiewek 

+ dwie kromki pumpernikla albo chleba na zakwasie

Migdały miksujemy z dwoma kubkami wody, szczyptą soli i cukru trzcinowego. Następnie przelewamy przez gazę do wysokiego naczynia i odciskamy masę pozostała na gazie (nie za mocno - musi być wilgotna). Naczynie z powstałym mlekiem wkładamy do lodówki i wykorzystujemy w przeciągu 48h (może się rozwarstwić - to normalne), do koktajli, chłodników, kawy. Masę migdałową przekładamy do wysokiej miski, dodajemy oliwę, awokado, czosnek, sól, pieprz i blendujemy na gładką/zwięzłą masę (ok. 3 min.). Następnie dodajemy drobno posiekaną pietruszkę i mieszamy łyżką, można też delikatnie zblendować - kolor będzie jeszcze bardziej zielony. W dwóch dużych miskach umieszczamy po garści świeżego szpinaku, następnie twarożek i pokrojone w gruba kostkę rzodkiew, można posypać jeszcze słonecznikiem albo dynią. Podajemy z chlebem. 

Miłego słonecznego dnia!

wtorek, 18 czerwca 2013

GRYKA w papierze

I tak jakoś wychodzi, że znów kulinarnie ruszam na wschód, chodź dziś z wyraźnie słowiańską nutą. Tęsknie już bardzo za świeżymi sajgonkami na śniadanie i zupą PHO na obiad, brakuje mi kolendry, mięty i chilli jako stałych elementów każdego dania. Po prostu chce mi się w świat, ale na razie mam co robić w kraju ludzi i blond włosach i błękitnych oczach. W kraju który kaszą gryczana stoi, często niedocenianą, ale zdrową, smaczną (o ile zapomni się wersję ze szkolnej stołówki) i dającą niezłe pole do kulinarnego popisu. Tak więc papier ryżowy zaczerpnięty prosto z Azji z nadzieniem prosto z Polski. Danie świetne na przekąskę, lunch lub kolację, z miseczką zupy miso może robić za pełen obiad. Dla mnie najlepsze na świeżo, w temperaturze pokojowej , ale jak by się uprzeć można usmażyć w głębokim tłuszczu (olej musi być gorący i wrzucamy dosłownie na moment). W pakiecie z ciągiem dalszym wystawy retrospektywnej Al Wei Wei'a z Tokio z przed lat kilku, dziś hypercube. Stworzony jako siatka w przestrzeni, rewelacyjna minimalistyczna rzeźba ale także bardzo ciekawe założenie z pogranicza fizyki kwantowej i filozofii. Polecam na wieczorną lekturę.

ilość na 8 sajgonek

8 płatków papieru ryżowego
1 torebka kaszy gryczanej
300g wędzonego tofu
2 garści szpinaku lub pęczek pietruszki
4 łyżki sosu sojowego
2 ząbki czosnku
1/4 łyżeczki chilli
1/4 łyżeczki wędzonej papryki
1/2 łyżeczki pieprzy
sól do smaku

+ sos musztardowy lub ostry, kiełki

Gotujemy kaszę na miękko (może być lekko rozgotowana). Przekładamy do miski, dodajemy rozdrobnione widelcem tofu , przyprawy i drobno posiekany szpinak abo pietruszkę. Wszystko razem mieszamy aż utworzy się zwięzły farsz. Przygotowujemy papier wedle przepisu na opakowaniu, nakładamy farsz i zawijamy tak ja krokiety. Podajemy z wybranym sosem na szpinaku albo z kiełkami, można dodać sezam. Pałeczki albo palce lizać/oblizać.

wtorek, 11 czerwca 2013

faszerowana PAPRYKA

Faszerowana papryka to danie które trąci myszką. Przez lata często jedyna wegetariańska pozycja na weselach, zlotach rodzinnych bądź w knajpach po za głównymi trasami turystycznymi (no może z wyjątkiem pierogów ruskich :)). Nie wymaga dużo pracy, rozgrzewa i "zapycha". W przeważającej większości spotkanych przeze mnie przypadków doprawiona jedynie Maggi. Postanowiłam odczarować to niechciane danie i znaleźć na nie sposób. Niekoniecznie nadając mu od razu formę fusion, raczej zależało mi na domowym przysmaku, który przywodzi na myśl dzieciństwo.

ilość na cztery porcje

1 filiżanka ryżu
12 pieczarek
2 ząbki czosnku
2 łyżki oleju
4 łyżki sosu sojowego
1 łyżka ostrej masali (może być do mięsa/gyros/king masala)
2 garści szpinaku lub duży pęczek pietruszki
2 łyżki słonecznika
1 łyżeczka soku z cytryny
4 dorodne papryki

Ryż gotujemy na wolnym ogniu pod przykryciem w osolonej wodzie w stosunku 1:2. Paprykom odkrawamy górę, czyścimy środek i pozostałą część "kapeluszy" kroimy w drobną kostkę.  Pieczarki siekamy w kostkę i razem z sosem sojowym, przeciśniętym czosnkiem i masalą smażymy na oleju na złoty kolor. W momencie jak pieczarki zaczną dochodzić dodajemy ugotowany ryż i wszystko razem dokładnie mieszamy, przykrywamy i dusimy ok 3-4 min. W dużej misce mieszamy drobno pokrojoną resztę papryki, słonecznik, ryż z pieczarkami i posiekany szpinak bądż pietruszkę, wszystko skrapiamy cytryną, solimy i pieprzymy do smaku jeśli trzeba. Faszerujemy papryki z lekką górką, na szczycie każdej umieszczając liść szpinaku albo posypując słonecznikiem. W upał można podać jako letnią przystawkę w tej formię, w chłodniejsze dni proponuję zapiec przez 15 min w nagrzanym piekarniku na 180 st (termoobieg). Ważne aby nie piec zbyt długo, papryka zwiotczeje i straci formę. Smacznego :)

wtorek, 14 maja 2013

OBIAD 3 w 1

Pojawiły się nowalijki, są już szparagi, młoda kapusta, wszędzie zioła kwitną w doniczkach. Miałam fajnego gościa dla którego mogłam coś ugotować. Aby nie stać zbyt długo przy garach wykorzystałam kapustę z wcześniejszego dnia i namoczyłam kaszę gryczaną przez godzinę aby nie trzeba było jej gotować. Buzie nam się nie zamykały, rozmawialiśmy o dalekich światach przy rytmach muzyki drogi (objawieniem okazało się Dead Can Dance). Wpadliśmy w nostalgiczny nastrój ludzi którzy najbardziej cenią życie nomadów. Było o Tuaregach, i o Tybetańczykach, przypałętali się też mieszkańcy Amazonii i Ujgurzy. Dużo było o poczuciu wolności, nieprzywiązaniu, zmianie i minimalizmie. To był fajny obiad, bardzo daleki od tych codziennych i bardzo bliski temu co siedzi mi w głowie.

kapusta z koperkiem - mała główka na 4 porcje

1 młoda niewielka kapusta
1 cebula
1 pęczek koperku
1/2 kostki warzywnej lub łyżka suszonych warzyw
sól (lub sos sojowy) + pieprz
2 łyżki oliwy

Na patelni smażymy na złoto posiekaną cebulę z kostką warzywną. Następnie przekładamy cebulę do dużego garnka i razem z drobno poszatkowaną kapustą gotujemy na małym ogniu aż zmięknie. Dodajmy sól i pieprz do smaku. Kiedy będzie chrupiąca (a nie rozgotowana) zdejmujemy z ognia i wkrawamy pęczek pietruszki. Mieszamy i gotowe. Jeżeli nie w podanej konstelacji świetnie smakuje z młodymi ziemniaki ugotowanymi w mundurkach (w tej wersji było dzień wcześniej).

kasza gryczana na 2 słuszne porcje

1 kubek kaszy gryczanej
2 kubki wody
1 łyżeczka kminku
1 łyżeczka asafetydy
1 łyżka oleju

Kaszę wsypujemy do miski i zalewamy wodą, odstawiamy na minimum godzinę aż spęcznieje (kasza którą kupujemy jest prażona nie wymaga gotowania - w wersji zimnej świetnie sprawdza się w sałatkach). Oczywiście można od razu wszystko ugotować w tej samej proporcji, pod przykryciem, na wolnym ogniu. Kiedy kasza będzie gotowa, podgrzewamy na patelni olej z przyprawami, dodajemy kaszę i podgrzewamy - gotowe!

wędzone tofu ilość na 2 porcje

1 kostka wędzonego tofu ok 220 g
1/2 łyżeczki papryki wędzonej
1/2 łyżeczki tandoori masali
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka oleju np. sezamowego

Tofu kroimy w kostkę. Na patelni podgrzewamy olej z przyprawami i smażymy razem z tofu na średnim ogniu cały czas mieszając, aż skórka zarumieni się i będzie chrupiąca. Voila!

Wszystkie elementy układanki podajemy w dowolnej aranżacji razem albo osobno - razem proponuje z pietruszką. Wyszła królewska uczta niczym z obrazu "Uczta u Heroda" autor nieznany, ok. 1490-1500, tempera na desce, Muzeum Narodowe, Kraków.

środa, 8 maja 2013

TOFUCZNICA czyli niedzielne śniadanie

Większość z nas może celebrować tylko sobotnio-niedzielne śniadania. Poranna wizyta na bazarze i w piekarni, dobieranie smaków, zapachów i kolorów. Komponowanie idealnych elementów cotygodniowych rytuałów. Potem długie biesiadowanie przy stole w towarzystwie najbliższych albo dobrej książki. Zaspokajanie potrzeb podniebienia i gustu na kolejny "zaszybki" tydzień. Tofucznica dla wielu może być substytutem z grupy: jak będąc vegan jeść jak wszyscy. Wyglądem przypomina jajecznicę, a przy pomocy czarnej soli można jej nadać nawet jajeczny smak. Sama rzadko odtwarzam smaki "wszystkożerców", jednak zabawa formą i fakturą czasem skutkuje wykreowaniem czegoś co gdzieś, jakoś istnieje. U mnie bardziej w wersji południowo-wschodniej, suto doprawiona i z dodatkami, na dobry początek dnia, choć było już południe.

ilość na jedną porcję:

1/2 cebuli
8 czarnych oliwek
4 suszone pomidory
125 g twardego tofu
1 łyżka oleju z suszonych pomidorów
1 łyżeczka przyprawy do kebaba
+ świeżo mielony czarny pieprz
1 łyżka słonecznika
+ natka pietruszki

+ pieczywo i inne dodatki

Posiekaną drobno cebulkę smażymy na oleju razem z przyprawami na złoty kolor. Następnie dodajemy pokrojone oliwki i pomidory, przesmażamy przez ok 1 minutę na średnim ogniu aby smaki się "przegryzły". Następnie zmniejszamy ogień i dodajemy tofu, które rozdrabniamy drewniana łyżką. Mieszkamy aż wszystko nabierze spójnej konsystencji i się zarumieni przez około 2 minuty. Przekładamy na talerz, posypujemy słonecznikiem i dodajemy pietruszkę.

Wyszło tradycyjne śniadanie  do tego proponuję pachnące pieczywo i turecką kawę, a na deser świeży sok pomarańczowy. Rozkosz, hedonizm i czysta przyjemność. Do tego słońce, potem spacer, rower i książki, co by więcej takich dni - upojnych i bardzo smacznych.

piątek, 3 maja 2013

tarta GRZYBOWA

Przepis absolutnie zaległy, choć nie pozwalający o sobie zapomnieć. Tarta grzybowa to taki smak jesieni na wiosnę. W zamrażalniku przyjaciół zabłąkały się grzyby, które razem z poświątecznym transportem "słoików" dotarły do stolicy z Podlasia. Mieszanka nie byle jaka: podgrzybki, prawdziwki, maślaki i kurki. Własnoręcznie zbierane, drobno posiekane, gotowe do wykorzystania. Pomysłów na ich podanie było kilka, padła propozycja risotto, tagliatelle con funghi porcini i pierogów. Jednak wena twórcza wygrała, a poranna wizyta na bazarze gdzie królowała świeża natka pietruszki podsunęła rozwiązanie bardziej finezyjne.

ilość na naczynie żaroodporne 20x30 cm, 180st C, termoobieg, pieczenie 30min

farsz

1/3 kg grzybów (mrożonych)
1 kostna warzywna + 1/2 kubka wody lub 1/ 2 kubka bulionu
4 ziemniaki
2 pęczki pietruszki
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka świeżo mielonego pieprzu
2 garści orzechów włoskich

+ ok 20 orzechów włoskich do przybrania

ciasto

1/2 kubka kaszy manny
1 i 1/2  kubka mąki żytniej
1/3 kubka oliwy z oliwek
1/3 kubka wody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli i pieprzu

W średnim garnku na małym ogniu rozmrażamy grzyby dodając bulion lub kostkę warzywną z woda. Kiedy grzyby będą ugotowane odcedzamy zachowując w osobnej misce sos. Ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie i następnie miksujemy z orzechami, sosem sojowym, pieprzem, natką pietruszki i płynem/sosem z grzybów. Tak powstałą masę mieszamy z grzybami i doprawiamy do smaku jeśli jest taka konieczność. Następnie w dużej misce mieszamy wszystkie składniki ciasta i wyrabiamy je ręką. Powinno być tłuste i bardzo elastyczne, w konsystencji zbliżone do ciasta na pizze. Formę smarujemy oliwą i cienko wykładamy ciastem bardzo naciągając brzegi, tak aby powstała falbanka, którą będzie można naciągnąć na farsz. Na ciasto wykładamy masę grzybową i naciągamy brzegi, powstała "dziurkę" uzupełniamy połówkami orzechów. Pieczemy w nagrzanym piekarniku ok 30 min aż do ze złocenia brzegów. Porcja na 6 dosadnych kawałków, polecam z wytrawnym białym winem.